8 maja 2018

Rozdział XCIII - "Zemsta"



Ta-daaaa~

Jeśli jesteście tu pierwszy raz od ponad miesiąca, Rozdział 92 (po oślepieniu Sasuke) jest TU. Bez zapoznania się z nim - nie tykajcie tego niżej.

Z jednego tygodnia zrobiły się trzy, wiem xD. Przepraszam bardzo, jestem niereformowalnym, zakłamanym debilem.

W tym miejscu bardzo chcę podziękować Sheeiren, która robiła mi korektę rozdziałów, doradzała mi, mówiła, gdy używam archaicznych obelg i łaskawie śmiała się z moich memów i żartów o penisach. A, i popędzała mnie do pisania. To też ważne. <3

Jeszcze się nie żegnamy, nadchodzi krótki epilog. Co w nim będzie - domyślicie się po lekturze ostatniego rozdziału i histerycznych tyradach sfrustrowanych bohaterów w nim zawartych! Zapraszam <3



- Spóźniliście się.
Kłaniam się kapitanowi Surotaiki w biegu. Nie mam czasu ani ochoty na przepraszanie. Sasuke wyraźnie zwalnia, jakby miał mu coś odszczeknąć. Nie jest to najlepszy pomysł, gdy za moim byłym kapitanem stoi dodatkowo ogromny Doshaburi. Ciągnę bruneta mocniej za rękaw kurtki i przyspieszam swoje kroki. Czuję już napięcie w udach.
- Spóźniliście się! - jęczy Kiro, gdy wpadamy do szatni. Chłopak pociera dłońmi z ekscytacją, oblizując nerwowo usta. Rozglądam się po niewielkiej sali. Nie ma w niej już Kakashi’ego i Akane, którzy przyjęli z powrotem swoje maski i pseudonimy. Brakuje też stroju Anko. Jednak czarna plama w kącie pokazuje, że Itachi jeszcze nie wyszedł. Neji obserwuje go z niezwykłą koncentracją.
Sasuke ignoruje go zupełnie, podchodząc do swojej szafki.
- Nie mogę się doczekać egzaminu - wypełnia ciszę blondyn, chwytając swój łuk i sprawdzając jego naciąg. - Nawet, jeśli Danzo nie zaatakuje, to będzie na co popatrzeć.
- Zaatakuje. Możesz być tego pewien - wzdycha Hyuuga. Nie widać tego po nim aż tak bardzo jak po Kiro, ale też ledwo siedzi w miejscu. Jego lewa stopa w ciężkim bucie wybija o podłogę bezgłośny rytm.
- I wtedy będzie jeszcze bardziej super, bo będę mógł się w końcu wykazać. I to u boku takich gwiazd jak Kakashi-san i wy… - odpowiada blondyn melodyjnie, na przekór kładąc Neji’emu głowę na ramieniu i trzepocząc do niego rzęsami z udawanym zachwytem. Hyuuga nie spycha go, zbyt zajęty czujnym wyczekiwaniem.
- Wykonaliście razem dużo misji? - pytam z ciekawości, zrzucając kurtkę i rozpinając buty, by szybko założyć strój ANBU. Obok standardowych uniformów wiszą jednakowe, czarne płaszcze. Płaszcz Itachi’ego, czyszczącego w milczeniu swoją katanę, jest biały.
- Parę. Wszystkie, odkąd wróciłem do wioski. Zostaliśmy dobrze sparowani. Neji - przepraszam, Suzaku - świetnie nadaje się do wskazywania celów dla mojej Shimady. - Kiro błyskawicznie wyciąga strzałę i naciąga pokazowo łuk, przymykając z uśmiechem oko. Celuje bezpośrednio tam, gdzie wpatrują się białe tęczówki Hyuugi. W czoło Itachi’ego przepasane opaską na oko.
Przełykam ślinę. Skupiam się na ssącym głodzie dochodzącym do mnie z żołądka młodszego z Uchihów.
- Też nazwałeś swoją broń? - Zerkam na Serimochi leżące niedaleko Sasuke. - Może powinnam nazwać swoje bo…
Kijek? Kołek? Pałka na głupców? Coś, co trzeba wyjąć obu Uchihom z du-...?
- Już czas. - Po plecach przechodzą mi ciarki. Odwracam się w połowie zdejmowania swetra, gdy Itachi z metalowym świstem chowa swoją katanę. Reszta jego ruchów jest bezgłośna. Ignoruję zmianę uczucia z irytującego głodu na zdenerwowaną zaborczość, gdy Sasuke orientuje się, że przebieram się przy wszystkich. To nie czas na to. - Za dziesięć minut wyruszamy.
- T-tak… kapitanie. Um...
- Yaksha. - Podpowiada Itachi, chwytając swój płaszcz i maskę w kształcie ptaka. Przystaje przy uchylonych drzwiach, ignorując wszystkie zatrzymane w nim spojrzenia. Jego jedno oko ląduje na Sasuke zapinającym swoją kamizelkę. Przez chwilę nieruchomo bije się ze sobą, czy się odezwać, czy nie. Oczywiście wygrywa ta druga opcja.
Bracia mierzą się badawczymi spojrzeniami. Powietrze w szatni wyczuwalnie gęstnieje. To kolejne pożegnanie? Ostrzeżenie? Prośba? Groźba? Od Sasuke czuję rozdrażnienie z nutą… igrania?
Naprawdę wyglądają, jak swoje demoniczne imienniki, Yaksha i Tengu. Nie chodzi o obrzydliwe monstra, a aurę, jaką skrywają pod skórą.
Błękitne oczy Kiro przeskakują pomiędzy braćmi z zauroczoną fascynacją. Na jego policzkach widnieje delikatny rumieniec.
Kami, nie mogę z nimi.
Czuję, jak mięśnie na twarzy Sasuke walczą ze sobą, by nie wykrzywić się w obrzydzonym, bezczelnym grymasie. Jego oczy są za to lodowato chłodne. Jest banalny do odczytania. Wzdycham głęboko, korzystając z nieuwagi całej reszty i wciągam na siebie czarny golf.
Itachi wypuszcza szybko powietrze nosem. To może jego wersja uśmiechu. Zakłada maskę i znika za drzwiami, pozostawiając mnie na pastwę mieszanych uczuć, jakie wywołał.
- Dupek… - syczy pod nosem Sasuke. Nie musi tego robić, może wysłać mi swoje zdanie myślami. Ale oczywiście musi zakomunikować swoją opinię wszystkim dookoła. Mieć ostatnie słowo.
- Ah, cudowni są - wzdycha czule Kiro, wstając z ławki. Podchodzi do mnie raźnym krokiem i przytula mnie mocno, bujając nas przy tym na boki. - Pilnuj się, kocie.
- Ty też - wzdycham. Powoli zagnieżdża się we mnie świadomość, co się zaraz zacznie. Nie wiem, czy jestem gotowa.
Dwóch ostatnich shinobi wychodzi. Mi i Sasuke zostało parę minut. Więź psychiczna między nami jest klarowna.
Podaję mu rękawiczki. Bez słowa przytrzymuję saya’ę przy jego boku, gdy ją mocuje. Sasuke staje za moimi plecami. Czuję jego oddech na szyi, gdy odsuwa mi włosy, by zapiąć kamizelkę. Jego place przejeżdżają opuszkami po skórze mojej głowy, mocno, pewnie, i korzystając z mojej pamięci, sprawnymi ruchami plotą z nich warkocz. Nigdy tego nie robił. Nie potrafi tego, ale ja tak. Czuję w jego myślach, że podoba mu się jego dzieło.
 Shinobi czuje potem, że mam nierówno zawiązane buty - prawy jest za ciasny - więc siadam, by pozwolić mu poprawić ich sznurowanie. Słyszę w myślach, że tak się kończy pośpieszne wciskanie butów na siłę, zamiast schylić się do nich jak człowiek. Wpatruję się w czubek jego głowy. Po raz pierwszy przed misją nie muszę się zastanawiać, co takiego w niej siedzi. Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać.
Wiążę mu na czole opaskę, zaciskam mocno supeł. Dawno jej nie nosił.
Mam wszystko. Zwój z bo i resztą broni, maskę, opaskę, płaszcz, dwa wielkie kamienie Kuchikiri i Haisekai. Stoimy prosto, patrząc na siebie, kalkulując, jak jeszcze inaczej odwieść to w czasie.
Nie da się.
Jego ręce oplatają mnie w tej samej sekundzie, gdy wchodzę w jego ramiona. Czuję jego zapach. Oddech. Bicie serca. I swoim ciałem, i jego zmysłami. Kasujemy ponownie echo i rozstrojenie.
Przyciskam go do siebie jak najbardziej się da, licząc po cichu, że jakoś uda mi się być jeszcze bliżej, najlepiej wbić się w jego sylwetkę i zniknąć. Emocje, świadomość jego istnienia, pod moimi palcami, ramionami dookoła szyi, ciepłego, namacalnego, takiego, z jakim muszę się niechybnie rozstać, wprawia mnie w nerwowe drżenie.
- Nie chcę tam iść - wzdycham w jego kołnierz. - Możemy tak zostać?
Jego odpowiedzią jest pocałunek w czubek mojej głowy i pobłażliwy uśmiech, którego nie muszę widzieć.
            Nagle przypomina mi się dzień, gdy poznaliśmy. Dano mi klucze do mieszkania, które on wynajmował. Hokage-sama ostrzegała mnie, jaki jest, a ja to zignorowałam, czując się od razu jak u siebie. W pierwszym domu bez Anko, bez nadzoru, niezależnym, dorosłym. Czułam się, jakbym była panią świata. A wyglądałam jak mokra kura warcząca na niego w samym szlafroku.
            Sasuke musi się garbić, by wtulić się nosem w moją szyję. Urósł od tamtego czasu. Byliśmy tego samego wzrostu.
            - Wcale nie. Zawsze byłem wyższy.
            Tak teraz mówi, a doskonale pamiętam moją pierwszą reakcję, gdy zbliżył się do mnie, próbując mnie przepędzić. Byłam zadowolona, że mimo różnicy wieku nie był ode mnie sporo wyższy.
            - Patrzyłaś na mnie z dołu, nie kłam.
W tamtym momencie stwierdziłam też, że nigdy nie pozwolę sobie, by to jak wygląda, jaki ma głos i silny uścisk dłoni sprawiło, że go polubię. No i proszę.
- Może mam mętne wspomnienia. Miałam od tego czasu amnezję, pamiętasz?
Mimo że wiem, co się zaraz stanie, po moim kręgosłupie i tak przechodzą radosne iskierki. Nie jestem zawiedziona. Wszystko, co chcemy sobie przekazać jest już w naszych wspólnych myślach. Wystarczy szybki, mocny pocałunek, od którego pieką nas wargi.
- Nie przypominaj mi.


            Egzamin na chuunina był, paradoksalnie, nudny. Hokage popisywała się przed pozostałymi Kage i zebranymi daimyo, a ludzie na trybunach bili tak długie, gromkie brawa, że sędziowie przez pewien czas nie mogli dojść do głosu. Razem z Kakashi’m - teraz noszącym pseudonim Kensei - obserwowaliśmy przebieg walk spośród rzędów widzów. Neji i Kiro stali na skrajach trybuny, pod ścianą. Trzy inne zespoły czteroosobowe chroniły pozostałe skrzydła stadionu. Dwa kolejne - dach. Dwa były w podziemiach, a cztery na okolicznych wysokich budynkach. Wzmocniono też straż przy głównych bramach do miasta. Anbu jednak było za mało, by obserwować dokładnie cały teren wioski. Ludzi Danzo było niemal tyle samo, co nich. Nas.
Plus jeszcze ludzie Orochimaru.
            Plan Niko był jedyną szansą, byśmy wygrali. Nie Korzeń, nie Hokage, nie Wioska, nie Itachi. My.
            Kunoichi wraz ze swoim zespołem stała niedaleko Kage. Jeśli Danzo miał zaatakować w to newralgiczne miejsce, oni musieli być tam pierwsi. Czułem jej obecność bardzo wyraźnie. Wysyłała mi co jakiś czas komentarz dotyczący postępu walk. Jednak żadne z nas nie relaksowało się zbytnio.
Przez ostatnie wydarzenia nie śledziłem postępu egzaminu zbyt dokładnie. Widziałem jednak po tablicy zawieszonej na wysokiej ścianie areny, że do tego etapu doszło szesnastu geninów. Idealna liczba, by przyjąć system turniejowy. To oznaczało piętnaście długich meczów. Włączyłem Sharingana, w razie gdybym zobaczył coś ciekawego do skopiowania. Niko, siedząca w niewygodnym do obserwacji miejscu, dużo na tym skorzystała.
Siódmy mecz wygrał wysoki chłopak z dziwnym kekkei genkai. Z początku wydawało się, że niezwykle sprytnie używa prostego Katona, ale szybko zrozumiałem, że nie ukrywa on układanych pieczęci, a po prostu ich nie używa. Nie było słychać, co mówi do siebie przy wrzasku kibiców dookoła - chrupiących chipsy i siorbiących kolorowe napoje - ale gdy dokładnie przyjrzałem się jego dłoniom, to mogłem przysiąc, że ogień pojawiał się, gdy chłopak pstrykał.
Niko podrzuciła pomysł talentu manipulowania temperaturą. Ja dodałem od siebie, że na niego stawiam. Na to dziewczyna obruszyła się, że byłem w takim razie megalomanem i kibicowałem ciemnowłosym chłopaczkom rzucającym ogniem.
Ona sama kibicowała za to niskiej dziewczynce, która wygrała piąty z kolei pojedynek. Z oczami utkwionymi w potyczce za pomocą moich zmysłów, a prawdziwym uchem skierowanym na rozmowę Hokage i Tsuchikage na jej temat, przekazała mi, że dziewczyna jest ślepa. Mimo to miała niesamowity słuch i intuicję, a przy tym talent do ninjutsu. Jej Doton omal nie wystrzelił przeciwnika w powietrze. Zrujnowała całą powierzchnię areny, więc po jej meczu siły porządkowe, składające się z chunninów i jouninów z Konohy, musiały przywrócić pole walki do w miarę poziomego układu.
Jeśli oboje wygraliby swoje kolejne mecze, mogli spotkać się pod koniec egzaminu. Nie byłem pewien, jakie są zasady i kto dostanie awans. Wiedziałem jednak, że wszystkim dzieciakom przyglądają się ich opiekunowie, a także obcy shinobi i daimyo. Były to czyste popisy siły między wioskami, ubrane w przyjazne potyczki ku uciesze mas.
Spojrzałem na Kakashi’ego. Przez jedną dziurkę w jego masce widziałem Sharingana zerkającego na walki kątem oka, bez wyraźnego zainteresowania. Biały płaszcz przykrywał całe jego ciało, a mimo to z samych jego ramion potrafiłem wyczytać czujność. Co jakiś czas przykładał palce do ucha, słysząc w nadajniku raport o tym, że wszędzie jak na razie jest czysto. Kiro zerkał nerwowo na dach, skręcając przy tym całą szyję. Neji prześwietlał Byakuganem podziemia. Ja czułem Niko i pilnowałem jej zmysłami pleców Kage.
Zastanawiałem się, skąd wrogowie przybędą, i czy w ogóle. Byłoby zabawne, gdyby Hokage sprowadziła do Wioski Itachi’ego, błagając go o pomoc przy Danzo, gdyby ten skurwiel potem niespodziewanie zginął przy naszym improwizowanym zamachu na bazę Orochimaru. Niko podpowiedziała, że mogą przybyć po prostu z kierunku Kraju Dźwięku, czyli z północnego-zachodu, ale szybko uświadomiłem jej, że to za proste.
Rozpoczął się już dziesiąty mecz, a kunoichi skupiła się na swoim głodzie i chęci na popcorn, co szybko mi się udzieliło. Połączenie umysłów miało jednak swoje wady.
Przegląd geninów był nawet imponujący. Wydawało mi się szczerze, że poziom testu przekraczał to, jak wyglądał mój własny, przerwany egzamin na chuunina, a potem kolejny, zdany bez większego wysiłku. Niko odparła, że po prostu po wcześniejszym ataku wszyscy bali się brać udział w egzaminach i miałem mniejszą konkurencję. Podobno w jej egzaminie, rok później, skumulowała się cała reszta, co dało więcej chętnych. I wyższy poziom.
Prychnąłem pod nosem i przypomniałem jej, że główne źródło poprzedniego ataku na naszą wioskę siedziało właśnie pod jej nosem w stroju Kazekage. Jej gderanie zniknęło jak ręką odjął.
Faworytka Niko zagroziła dwa razy większej kunoichi od siebie zmiażdżeniem głowy, jeśli ta się nie podda. Gdy rudowłosa kunoichi uniosła trzęsącą się rękę, a ogromne skalne imadło trzymające ją w objęciach ukruszyło się w proszek u jej stóp, cały stadion wpadł w dziki szał. Czułem pieczenie w dłoniach od zachwyconego klaskania Niko.
- Teraz będzie najlepszy mecz - podniecił się Kiro tuż po mojej lewej. Zza maski kota patrzył to na mnie, to na arenę. Mój Sharingan pokazał iskierki w jego oczach, gdy blade światło na to pozwoliło. - Nie wiem, jakie sztuczki stosuje ten koleś z ogniem, ale ten niższy ma Bakutona. Zawsze chciałem go zobaczyć.
- Widziałem. Dobrze go łączy z taijutsu. Kibicujesz mu? - Uniosłem brew.
- No pewnie! Ty nie? - Shinobi szturchnął mnie po przyjacielsku.
- Nie. Może i ma użyteczny talent, ale boi się go używać. Jeden trafiony cios i eksploduje całe ciało jego wroga. Ten wysoki wygra. Omal nie spalił tamtej blondynce twarzy.
- Hmmm… może tak, może nie. - Kiro przystawił palec do ust - pyska? - maski, mrużąc oczy, gdy zawodnicy zeszli na arenę. - Ale mój jest z Iwagakure, a twój z Sunagakure.
- I co z tego?
- Iwagakure trenuje całe zastępy użytkowników Bakutona. Są bezlitośni. A Suna pod rządami Gaary… cóż. Nie pozwoliłaby na wypuszczenie kolejnego żądnego krwi geniusza. I pokazanie go w Konoha. Prawda, Sasuke?
Wydawało mi się, że Kiro wie więcej, niż udaje, że wie. Że na przykład zna Gaarę. I masę ludzi z innych wiosek. I całą moją historię.
Westchnąłem. Mecz się zaczął. Gadanie o filozofiach życiowych geninów, których nie znaliśmy, nie miało sensu.
Kiro miał w końcu rację. Mój faworyt zawahał się w decydującym momencie, chcąc jedynie nastraszyć niższego od siebie, starszego przeciwnika. Reprezentant Kraju Ziemi zignorował ogień eksplodujący mu tuż przed twarzą i niemalże przefrunął dystans dzielący nich. Zaskoczony użytkownik Katona zasłonił swoją twarz tuż przed śmiertelnym ciosem. Pięść genina z Iwa skręciła w dół i uderzyła wysokiego chłopaka w brzuch, eksplodując popisowo i głośno, ale nie rozrywając go na strzępy.
Brunet upadł na ziemię, krzycząc z bólu i trzymając się kurczowo za rozległą, skwierczącą ranę. Zwycięzca pojedynku przejechał palcami po przydługich, tlących się włosach, po czym uśmiechnął się szeroko, machając do wiwatującej publiczności.
Nie czułem klaskania Niko. Była wściekła i zmartwiona, że po kolejnym meczu jej ulubiona geninka z Dotonem spotka się z maniakiem wybuchów. Ja tylko żałowałem, że brak tego konkretnego kekkei genkai ograniczał mnie przed skopiowaniem jego technik.
Z trybun wybiegł zespół medic-ninów w białych strojach. Minęli maszerującego do wyjścia genina, którego imię zamigotało radośnie na tablicy, i przyklęknęli przy rannym shinobi.
- Mówiłem - mruknął Kiro ze słyszalnym zadowoleniem w głosie. Gdy na niego spojrzałem, szykując uszczypliwą odpowiedź, za jego sylwetką dostrzegłem ruch.
Pierwsza moja myśl była taka, że jest przerwa na zabranie chłopaka z areny przed ostatnimi trzema meczami i ludzie powoli się rozchodzą.
Druga, że ten ktoś idzie po jedzenie albo do kibla.
Trzecia, że nie tylko ten jeden facet wstaje, ale kilka innych osób zaczyna się wiercić i wyjmuje coś z toreb.
Czwarta, że facet zakłada szybkim ruchem maskę i rusza w naszym kierunku.
Piąta, że Niko krzyczy.
Wróg odpieczętował tanto. Odepchnąłem Kiro na bok, parując cios wymierzony w jego plecy. Tuż przy moim uchu rozbrzmiał dźwięk naciąganej cięciwy. Powietrze zawibrowało. Kolejnego agenta Korzenia przebiła strebrna strzała podkręcona Fuutonem.
Wymierzyłem kilka ciosów kataną, oczami Niko widząc popłoch w loży Kage. Na arenie medic-nini zdjęli czepki. Jeden z nich, o długich, białych włosach spadających mu z ramion, dobił leżącego na ziemi genina dziwnym, białym sztyletem.
Na całej arenie zawrzały chakry. Te agresywne i te spanikowane. Ludzie Korzenia w mgnieniu oka, na wyraźny sygnał, wyłonili się spośród kibiców niczym duchy. Dobyli broni ze zwojów i ruszyli w pierwszej kolejności po agentów Anbu, atakując metodycznie tych stojących najbliżej.
Dookoła panowała panika. Ludzie wrzeszczeli, uciekając we wszystkich kierunkach. Nie przejmowali się niczym, taranowali się nawzajem. Korzeń nie tarasował im ucieczki, nie brał jeńców. Cel był jeden - zająć nas, gdy oni zrobią swoje.
Loża Kage zasłonięta została barierą z grubego piasku. Ochroniarze przybyłych Kage rzucili się do obrony swoich władców, którzy nie ruszyli się z miejsca. Nie było gdzie uciekać, by nie narazić mieszkańców. Byli przyszpileni przez ubranych w cywilne ubrania sługusów Danzo, którzy różnili się od reszty ludzi na arenie jedynie kierunkiem biegu i maskami.
Zaatakowali ze środka. Nie przewidzieliśmy tego.
Kiro przykucnął przy moim boku, gdy ja analizowałem sytuację, rozważając, gdzie może być Danzo. Korzystając z mojej podświadomej ochrony odstrzeliwał agentów Korzenia na dachu i w opuszczonych już miejscach areny. Neji ruszył w kierunku wyjść, namierzyć i upolować w pojedynkę jak największą liczbę wrogów. Kakashi zmierzył wzrokiem czwórkę fałszywych medic-ninów na dole i zeskoczył na ścianę stadionu, ruszając z impetem w ich stronę, zanim zdążyli dobiec do loży daimyo.
Jeśli otrzymał przez nadajnik w uchu jakieś polecenia czy rady, to nam nie było dane ich usłyszeć.
- To tyle, jeśli chodzi o pracę zespołową - zaśmiał się Kiro, strzelając tuż przy moim udzie w ramię czającego się za siedziskami agenta. Nie zabił go, ale przybił do ściany. Wydawało mi się, że zrobił to specjalnie, pewnie za sugestią Niko. Dla mnie był to zły pomysł, zwłaszcza, jeśli miałem zamiar zacząć walczyć za pomocą rozpoznawalnego ninjutsu. Na razie wszyscy dla nich wyglądaliśmy jednakowo. Nie mogli wiedzieć, że tu jestem. Szukać mnie, konkretnie.
Niko zasugerowała mi w myślach, bym skorzystał z anonimowości i został jak najdłużej niezauważony. W dodatku zabijał jak najmniej ludzi. I bronił Kiro. I przy tym ratował cywili, oczywiście. Chyba jednak nadal zbyt wiele po mnie oczekiwała.
Jednym z ubranych na biało ludzi na dole był Kabuto, nie było co do tego wątpliwości. Drugiego białowłosego z białą bronią oraz umięśnionego rudego nie kojarzyłem, ale czwarty rozpruł fartuch i pokazał kolejne ręce. Był jednym z popaprańców, którzy próbowali mnie kiedyś porwać.
I prawie zabił przy tym Niko.
- Idź, pomóż Kakashi’emu - zaproponował spokojnie Kiro, widząc moje rozdarcie. Itachi jeszcze nie namierzył Danzo. Anbu z dachu oraz towarzysze Kage zjednoczyli się pod piaskową kopułą, pod którą wrzeszczał Raikage. Chyba byli bezpieczni, nie to co siedzący niżej daimyo, stanowiący idealnych zakładników.
Zejście w dół było jednak całkowicie odsłonięte. Z każdą sekundą kolejni ludzie Korzenia wychodzili na powierzchnię jak mrówki. Skok w dół był niebezpieczny, ale tak samo bieg schodami, na których roiło się pewnie od wrogów.
- Osłaniaj mi dupę - warknąłem w stronę wciąż strzelającego Kiro. Stanąłem na barierce. Niko i jej zespół opuścili arenę. Była jednak w zasięgu moich myśli.
- No ba. Trzeba chronić taki skarb - zaśmiał się blondyn, przykucając bliżej foteli dla częściowej osłony i eliminując kolejnych przeciwników. Czy celowali we mnie, czy widzieli mnie w ogóle, czy robił to nie dla ochrony, a dla zabawy, ciężko było powiedzieć.
Ruszyłem po skosie w dół, nawet nie musząc widzieć Kakashi’ego, aby wiedzieć, gdzie się znajduje. Dookoła wybrzmiewał świergot jego Raikiri. Kabuto i pajęczy palant zniknęli gdzieś, ale białowłosy morderca skutecznie unikał ataków Kakashi’ego, wyciągając z siebie nowe, białe bronie przypominające kości. Rudy agent Orochimaru śmiał się maniakalnie, wyprowadzając niesamowicie silne, zupełnie nieprzewidywalne ciosy.
Na ich widok piekła mnie Przeklęta Pieczęć.
Zapowiadała się ciekawa walka.

Mówię Anko, że na arenie są ludzie z Pieczęciami. Nie wydaje się z tego powodu zadowolona. Rozgląda się jeszcze bardziej nerwowo, jakby sam Orochimaru miał na nas wyskoczyć zza zakrętu.
Nie jest to możliwe, gdy nasze chakry są całkowicie wyciszone, a Akane sprawnym genjutsu całkowicie blokuje naszą wykrywalność.
- Chakra klanu Yamanaka - stwierdza Itachi, podążając za Akane, która wskazuje na pobliski budynek z tarasem. Miał się na nim znajdować oddział Anbu, ale nie ma po nim śladu. Przystajemy na balkonie dwie ulice dalej. Otulam się ramionami, starając się nie dygotać na zimnie. Wisimy nad ulicą, przez którą prześlizguje się lodowaty wiatr. Wydaje się cicha i ponura.
- Człowiek Danzo - przytakuje blondynka. - Kontroluje paru agentów na stadionie i wydaje reszcie rozkazy zdalnie. Musimy się go pozbyć.
- Kage są na razie bezpieczni - raportuję, przymykając oczy, by skupić się na obrazach od Sasuke. - Ale przeciwników jest tyle, że to kwestia czasu. I ich wytrzymałości.
- Pachołek z krwią Yamanaka nie wydawałby sam rozkazów. Musi być z nim Danzo - zgaduje Anko.
Itachi milczy przez chwilę. Wszystkie czekamy na jego słowa, mimo że każda z nas zna wcześniej ustalony plan narzucony przez Hokage. Przekazany przez Itachi’ego. Wymyślony przeze mnie.
Pozbyć się wszelkich przeszkód, użyć kamieni, jeśli będzie trzeba, rzucić na Danzo Izanami, zabrać mu drugie oko Shisui’ego. Zdrajcę oddać w ręce Kage, by wyciągnąć z niego jak najwięcej informacji niezbędnych dla bezpieczeństwa wioski. Na resztę rzucić Kotoamatsukami. Proste. Logiczne.
- Nobushi. - Brunet zwraca się do Akane, nie odwracając się w jej kierunku. Niirochi przytakuje grzecznie, zanim jeszcze usłyszała polecenie. - Nie angażuj się. Informuj mnie o ruchach wroga. Dango - osłaniaj nas. Tsuyu - nie używaj kamieni bez mojego wyraźnego sygnału. Nie szarżuj, nie uciekaj, nie krzycz, nie popisuj się. Razem ich zmęczymy. - Jestem mięsem armatnim z nałożonymi zakazami. Fajnie.
Jego ton jest protekcjonalny. Mam wrażenie, że i tak zrobi wszystko sam, bo nie wierzy w naszą przydatność. Wydaje rozkazy dla formalności, ponieważ i tak nie będziemy w stanie ich wykonać.
Albo nie będziemy chciały.
Cóż. I ja, i Anko jesteśmy raczej raptowne w swoich decyzjach. Ale to nie o Mitarashi musi się martwić.
Jeden sygnał, parę skoków i wpadamy na taras budynku mieszkalnego. Kątem oka widzę jakąś starszą panią na balkonie, machającą na nas. Nie ma czasu ewakuować cywili. Musimy załatwić to jak najszybciej i przy najmniejszych zniszczeniach. Wszyscy jednak dysponujemy silnym ninjutsu, co - w zależności od tego, kogo Danzo ma przy sobie - niekoniecznie będzie atutem.
Wślizgujemy się przez drzwi do dziwnego pomieszczenia bez okien. Strychu? Magazynu? Ciepłowni lub wentylatorni. Nie wiem. Wokół wszystko buczy i wibruje, jedyne światło wpada przez drzwi, w których stoimy. Słyszę, jak Anko maca pstryczek od światła, ale nic to nie daje.
Itachi rusza przodem. Akane przykłada palec w rękawiczce do ust swojej maski i nakazuje nam trzymać się blisko niego.
Przechodzimy przez kręte korytarze przy piecach, cysternach i nieregularnie kręcących się wiatrakach. Świeci się parę małych lampek, rzucając na białe maski czerwone i zielone poświaty. W końcu korytarz poszerza się, na podłodze jest brudno, jakby coś niedawno stąd wyniesiono. Dopiero teraz czuję chakrę, o której mówili. Jest delikatna, ale wyczuwalna, lepka i wijąca się dookoła niczym ośmiornica.
Itachi przystaje przy drzwiach, po czym wysuwa zza pasa katanę. Odpieczętowuję bo i staję tuż za nim. Kunoichi dobywają kunai’e i senbony. Itachi wykopuje drzwi z zawiasów.
Mam tylko sekundę, by zorientować się w sytuacji. Okno, po prawej. Sai. Stolik, poduszki. Regał po lewej. Sai, tutaj? Danzo Shimura przy regale, przed nim jakiś rudy facet. Tuż przed nami - koleś w głupich okularach z siedziby Orochimaru. Czyli przeżyli.
Czterech. Nas czworo. Nie możemy dać Danzo uciec. Jeden ruch zamaskowanego faceta. Rzuca coś o podłogę, brzęk metalu. Cały pokój spowija fioletowy dym.
Huk szkła, rzucamy się w prawo, do okna, w locie chwytam się balkonu, babcia chowa się z krzykiem do mieszkania. Wskakuję na dach, widzę Sai’a, on widzi mnie. Zaraz potem spogląda w stronę, w którą ucieka Danzo, eskortowany przez rudego Yamanakę. Za nimi łopocze biały płaszcz Itachi’ego.
Facet w okularach rzuca się w stronę Anko, zdejmując rękawiczki. Akane próbuje odciągnąć Yamanakę od Danzo, dookoła rozlega się jej dalekosiężny Raiton. Sai zagradza mi drogę swoim ciałem, rozkręcając w palcach tanto i rozwijając boleśnie znany mi zwój do rysowania.
- Zejdź mi z drogi - mówię od razu. Nie muszę się mu przedstawiać. Od czasu pracy u jego boku nie zmieniłam maski. Wiem też, że nie do końca kontroluję już swoją chakrę.
Czuję obecność Sasuke na stadionie. Sprawdza, co u mnie, ja co u niego. Mizukage i Raikage walczą uparcie z Korzeniem i potworami Orochimaru. Tsuchikage jest ranny. ANBU jest zdziesiątkowane. Sasuke i Kakashi walczą z jakimiś wariatami, których całkowicie pokryły Przeklęte Pieczęci. Jeden z nich z oślizgłym odgłosem wyciąga z siebie kości. Drugi wrzeszczy jak wariat, niszcząc wszystko na swojej drodze. Trzeci, z wieloma rękami, blokuje wyjścia ze stadionu dziwnymi sieciami. Atakują go Neji i Kiro.
Itachi dotarł do Danzo. Widzę ich sylwetki wijące się w walce. Starszy shinobi nie ma po co uciekać, gdy nie ma ze sobą eskorty. Nie opłaca mu się wracać na stadion, gdzie panuje chaos. Potrzebuje Yamanaki do dowodzenia zamachem. Nie mogę pozwolić, by ich walka trwała za długo. Itachi jest słaby, a Kage w niebezpieczeństwie.
Akane radzi sobie znakomicie. Zrzuca Yamanakę z tarasu ogromną falą wody. Hałas z jej jutsu zwraca uwagę ludzi dookoła. Dobiegają mnie odgłosy zdezorientowanych mieszkańców.
Sai rozwija zwój. Otwiera pojemnik z tuszem. Macza pędzel. Wszystko w parę sekund.
Nie powinno go tu być. Nie chcę go zabijać.
- Przemyśl to, Sai - nakłaniam, stając w pozycji obronnej z wyciągniętym bo.
Chłopak nawet na mnie nie patrzy, wprawnym ruchem smarując atramentem po papierze.
- Ninpo: Chōjū Giga!
Walczyłam u jego boku tak wiele razy, że wiem dokładnie, co zaraz nastąpi. Pergamin eksploduje ruchem. Ku mnie pędzą ryczące lwy. Pierwsze dwa odpycham od siebie kijem, szarżę kolejnych kontruję Katonem. Tusz paruje tuż przed moim nosem.
Sai nie przestaje rysować, z zacięciem na twarzy posyłając w moim kierunku kolejne stwory i cofając się przy tym w kierunku Danzo.
W wolnej chwili zerkam na resztę - Akane i jej przeciwnik zniknęli mi z oczu. Anko walczy z Torune Aburame, którego pokryło coś fioletowego i przerażającego. Dookoła nich zbierają się unoszące się w powietrzu insekty. Itachi ma wyraźną przewagę nad Danzo, nawet nie używając swojej rozpoznawalnej chakry. Musi ją zachowywać na dwa ogromne jutsu.
Danzo za to nie przejmuje się niczym. Rzuca Fuutonami na oślep, tnąc mury i kominy. Wygląda to bardziej na odganianie się od Itachi’ego, który próbuje wymusić na nim użycie Izanagi, niż prawdziwą walkę. Muszę szybko skończyć z Sai’em i mu pomóc.
Niszczę bandę tygrysów ryczących na mnie w biegu, próbując dogonić Sai’a, zanim mi ucieknie. Jeden z nich prześlizguje się przez moją obronę, rani moje udo. Warczę, rozcinając go na pół. Rana krwawi i szczypie, ale nie zwalniam.
Coś łapie mnie za nogę.
- Kurwa mać!
Kolejne czarno-białe węże wyślizgują się spomiędzy dachówek i łapią moją kostkę.
- Tsuyu, uważaj!
Nie wiem, co się dzieje. Odruchowo odturluję się na bok, miażdżąc swoim ciałem syczący rysunek. W tym samym momencie czuję tuż nad szyją szybką, chłodną chakrę, strzelającą jak bicz tuż przy moim uchu.
Mój lewy bok jest cały w atramencie.
Odwracam się w kierunku głosu Akane. Na moim dachu stoi wyczerpany Yamanaka z dziwną pieczęcią skierowaną w moją stronę, ale tuż nade mną. Ciężko dyszy, jest cały mokry. Jego twarz wygięta jest w grymasie.
Jego oczy zachodzą mgłą. Pada na kolana.
Sai wykorzystuje chwilę mojej nieuwagi. Ku mnie pikuje ogromny narysowany ptak.
Zeskakuję z balkonu, biegnąc po ścianie, by okrążyć go i odciąć od Danzo. Wskakuję z powrotem na dach, ale Sai czeka już na mnie z wyciągniętym tanto, którego cios prosto w twarz paruję w ostatnim momencie.
Chłopak jest świetnie wyszkolony. Silniejszy ode mnie, bardziej zdesperowany. Nie miałby problemu z zabiciem mnie. Jego kolejne cięcia są bezlitosne.
Nie mogę dać mu wygrać ani dać szansy narysowania czegoś. Wymierzam cios w jego głowę, ale shinobi chwyta mój kij i wspierając się na nim wymierza kopa w mój splot słoneczny. Tracę oddech. Mimo to cudem paruję kolejny cios, tym razem pod żebra. Gdy wstaję, mój kolejny atak ponownie jest przechwycony jego wolną ręką, zablokowany tanto. Obracam się razem z kijem, uderzam go łokciem w brzuch, potem głową w brodę. Chłopak odskakuje, za co koło nosa przelatuje mu koniec mojego bo.
Tuż nad jego ramieniem widzę Akane podchodzącą do bezwładnego Yamanaki i przykładającą mu do szyi bzyczącą od elektryczności dłoń.
Mina Sai’a pozostaje bez wyrazu. Jego kolejna szarża jest idealnie wykalkulowana. Zbijam pierwszy cios z toru, ale obrywam w lewą, pokrytą czarną papką rękę. Zabrudzona krew tryska dookoła, gdy obracam się z bo, próbując zaskoczyć go szybkimi atakami. Sai zwalnia, próbuje mnie przytrzymać…
            Raiton Akane przebija pikującego w moje plecy ptaka. Tusz rozbryzguje się dookoła, ochlapując nam buty. Zapomniałam o tym malunku.
            Sai jest zaskoczony. Wykorzystuję ten moment na cios w jego podbrzusze. Kolejny celuję w nogi. Sai nie chce być podcięty i obezwładniony, blokuje ręką, z której wybijam mu tanto. To upada na dach.
Kolejny cios kija trafia go w szczękę. Shinobi pluje krwią, natychmiast chwytając poziomo moje bo i przerzucając mnie sobie przez plecy z dzikim warknięciem.
            Na dachu obok słyszę przerażający krzyk Anko. Serce podskakuje mi do gardła. Ociężale podnoszę się z dachówek, by spojrzeć, co się stało. Kunoichi nie ma na sobie płaszcza, jej strój i skóra są wyżarte przez zgraję robali. Torune przez chwilę przygląda się jej wierzgającemu ciału.
            Z jej sylwetki schodzi wężowa skóra. Jej klon znika w kupie błota, a prawdziwa kunoichi pojawia się tuż za plecami agenta Korzenia, wyrzucając z rękawa kilka węży i owijając mu je wokół szyi. Zaskoczony mężczyzna charczy, rzucając się na boki, gdy kobieta przyciąga go do siebie, zaciskając summony mocniej na jego krtani.
            Sai podbiega do mnie, wykonując jakieś pieczęci. Nie kończy ich, przez co jutsu nie dochodzi do skutku. Zmywa go wielka fala wysłana przez Akane, wobec której chłopak nie może nic zrobić. Wstaję o własnych siłach, gdy blondynka odbiega pomóc Itachi’emu.
            Na pomoc duszonemu Torune ze wszystkich stron przybywają owady. Są ich… miliony. Miliony milionów. Powietrze dookoła zaczyna buzować, wibrować energią i dziwnym, kwaśnym zapachem, od którego robi mi się niedobrze. Czuję to wszystko nawet stojąc parę metrów od purpurowego oka cyklonu.
           Itachi i Akane atakują sprawnie razem. Danzo w końcu, pod ich wspólnym naporem, zaczyna używać Izanagi. Jego cała ręka pokryta jest masą Sharinganów. Zdaje się nie przejmować w ogóle faktem, że kolejno się zamykają.
            Chmara insektów okrąża Anko. Kobieta odrzuca od siebie węże, by ułożyć pieczęci i bronić się Katonem. Robale zdają się wchłaniać jej chakrę, żywić się nią. Lgną w jej kierunku coraz bardziej, aż w końcu kunoichi zostawia rzężącego Aburame, uciekając przed ciemną, bzyczącą masą.
Ta dopada ją prędzej, niż się spodziewam. Okrąża, zamyka się wokół. Anko wrzeszczy przeraźliwie. Ja to słyszę. Itachi też to słyszy. Ani ja, ani Akane nie możemy nic zrobić. Poza jednym.
- Teraz! - warczy Uchiha, wyciągając kunai i zamachując się w kierunku czarnej chmury. Wyciągam zza paska jedyne Kuchikiri, dość spore. Ciskam nim z całej siły w insekty, mając nadzieję, że Itachi trafi.
Jego kunai ze świstem przeszywa powietrze między dachami. Na chwilę wszystko cichnie. Mój oddech, odgłos Raitonów Akane, krzyk Anko. A potem przestrzeń rozdziera ogromny wybuch.
Dookoła bryzgają części owadów, pył i dachówki. W promieniu kilkunastu metrów każdy poza mną i Itachi’m ma wyłączony dostęp do swojej chakry.
Anko zostaje wyrzucona w tył. Jej ciało, tlące się czarnym dymem, przeturluje się bezwładnie po dachu. Kobieta w ostatnim momencie chwyta się krawędzi rynny, która stęka metalicznie pod jej ciężarem. Akane natychmiast rzuca się jej na pomoc, przeskakując z rozpędu dystans między dachami bez pomocy chakry, jedynie siłą własnych mięśni.
Walka Shimury z Uchihą zatrzymuje się. Starszy mężczyzna jest spocony i zdecydowanie zdezorientowany. Prawdopodobnie nie czuje swojej chakry, której potrzebuje do kolejnych Izanagi.
- Co to ma znaczyć? - pyta spokojnie, ale tak wyraźnie i władczo, że słyszę go mimo dzielącej nas odległości.
Jego widok zasłania mi nagle Sai, ponownie stojący w pozycji gotowej do walki. Mokry, zmęczony, brudny od tuszu i krwi. Mruży oczy, analizując mnie nagle dokładniej niż do tej pory, próbując pewnie wywnioskować, co takiego zrobiłam, że ani on, ani jego szef nie mają nagle chakry.
Nie mam chwili do stracenia.
Rzucam się ku niemu z wyciągniętym bo. W podeszwach moich butów, we wszystkich mięśniach, nadal buzuje chakra. Uderzam go w ramię, potem kolano. Chłopak nie daje za wygraną. Syczy z bólu, jest na przegranej pozycji, a mimo to nie wycofuje się. Jest zbyt wierny. Muszę go znokautować, jeśli ma to przeżyć.
Brunet ledwo unika ciosu w głowę. Odturluje się, próbuje mnie podciąć. Gdy pomiędzy nami tworzy się dystans, rzuca we mnie senbonami. Trudno je powstrzymać samym bo, jeden z nich trafia mnie w lewe ramię, tuż obok rany po tanto. Wyrywam z siebie igłę, doganiając go. Znowu chwyta mój kij, próbując mnie przewrócić. Trzymam się jednak twardo podłoża za pomocą chakry. Wywracam go, obracając jego środek ciężkości. Chłopak kontruje kolejny cios w głowę, zręcznie wstając na chwiejne nogi.
Wykonuje kolejne pchnięcie swoim ostrzem. Jego tanto, wymierzone w moją twarz, wbija się w sam środek mojego kija. Grzęźnie.
Zatrzymuje się centymetr od dziury na oko w mojej masce.
Zmieściłoby się.
No nie. Nie wybaczę.
Przez chwilę siłujemy się, Sai naciska na mnie, próbując nabić moje oko na koniec miecza. Zaciskam zęby, napierając na niego. Jego czujność na chwilę spada. Cała jego uwaga skupiona jest na ruchu przód-tył, próbie sił. W ułamku sekundy odchylam twarz od ostrza, zmieniam chwyt na kiju i całym swoim ciałem naciskam w dół.
Bo obraca się w moich rękach. Koniec tanto wbijam głęboko w udo Sai’a.
Chłopak warczy i upada na ziemię, biorąc łamane oddechy przez zaciśnięte w bólu zęby.
Gdy obracam się w stronę Danzo i Itachi’ego, oczy obu utkwione są w dziwnej postaci unoszącej się nad nimi na demonicznych skrzydłach.
Odpieczętowuję kunai, czekając na ruch nowego wroga.
Mężczyzna o szarej skórze ma kruczoczarne włosy, dziwny strój z fioletową kokardą i szerokie, żylaste skrzydła przypominające zakończone pazurami dłonie. Jego chłodny wzrok niemal zwierzęcych oczu ze spokojem lustruje sytuację na kilku dachach.
Cholera. Moje Haisekai nie sięga tak wysoko. A może nie jest to ninjutsu, a inny typ techniki? Kolejny genetyczny eksperyment Orochimaru?
Anko jest bezpieczna, siedzi oparta o niską ściankę, mocno jednak ranna. Akane związała już Aburame, zanim zdążył wyplątać się z trupów węży i odczołgać z przypaloną nogą.
- Kazama! - warczy Shimura, ignorując zupełnie swoich pokonanych podwładnych. - Zabierz mnie stąd!
Skrzydlaty mężczyzna nie wydaje się przejmować rozkazem ani zbierać do lądowania. Jego wzrok nie spoczywa na nas, spodziewając się ataku, a na dyszącym Danzo. Widać w nim nutę wyższości.
- Sytuacja się zmieniła, Danzo. Na arenie pojawił się prawdziwy... demon.
Co takiego?
Na chwilę uspokajam własne zmysły i myśli związane z walką i przenoszę się umysłem do Sasuke. Czuję między nami większy dystans, mleczno-turkusową mgłę. Haisekai utrudnia połączenie, ale go nie uniemożliwia.
Po kilku wdechach jestem na arenie. Widzę ją oczami Uchihy. Przed jego twarzą wibruje fioletowa energia. W jego krwi buzuje adrenalina i… satysfakcja? Czuję jego siłę we własnym ciele, dziką, porywającą. Otacza go purpurowa bariera odpierająca wszelkie ataki. Dziwna, w istocie demoniczna postać, która ogromnymi łapskami odrzuca na boki atakujących wrogów tak łatwo, jakby ważyli tyle, co piórko.
Mimo wszystko Sasuke rozpiera… zadowolenie? Moc jest ogromna, to prawda, ale w pełni poskromiona. Jest podekscytowany i niemal odurzony tym energetyzującym uczuciem… pełnej kontroli.
Wszystkie siły Korzenia skupiły się na nim. Dookoła chakry wrogów z pełnych zdecydowania zmieniły się na zdezorientowane i przerażone. Nie mają rozkazów od Danzo. Nie wiedzą, co to Susanoo. Nie wiedzieli, że Sasuke jest zdolny do walki. Nie wiedzą, jak go pokonać.
Danzo puszczają nerwy.
- Co ty pierdolisz, Kazama! - Mężczyzna macha na latającego potwora zaciśniętą pięścią z Sharinganem na grzbiecie. - To rozkaz! Zab-...
- Sasuke Uchiha nie tylko ma swoje oczy, ale używa ich przeciwko naszym wojskom. Uwolnił moc Mangekyo, która nie dopuściła nas do Kage - wzdycha Kazama, nie okazując na szczupłej twarzy żadnych uczuć. Ruchy jego łapsko-skrzydeł bujają nim rytmicznie w powietrzu. - To koniec, Danzo. Mamy inne priorytety. Chłopak pójdzie z nami żywcem. A za to, że nas okłamałeś i swoją arogancją dopuściłeś do tej sytuacji, odpowiesz sam. Orochimaru-sama pomógł ci już dostatecznie.
Mężczyzna po spokojnym monologu wydaje się zbierać do lotu, nie racząc nas kolejnym spojrzeniem. Rozszalały głos Danzo zatrzymuje go.
- To niemożliwe! Ma oczy?! - Radny cofa się o krok, jakby informacja ta uderzyła go fizycznie. - Sai!
Chłopak leżący na dachu obraca się w jego kierunku, wijąc się z bólu. Nadal nie wyjął miecza z nogi. Jego twarz jest bledsza niż zwykle, pokryta potem i krwią cieknącą z jego nosa. Jego ręka spoczywa jednak wiernie na piersi.
- Przyrzekam, Danzo-sama. Wykonaliśmy misję. B-byłem tam, widziałem. Zniszczyliśmy jego Sharingana. Wiesz, panie, że nie jestem w s-stanie-ngh… cię okłamać…
To prawda. Słudzy Shimury mają na sobie specjalne pieczęcie zapobiegające nie tylko wydawaniu, ale i fałszowaniu informacji. A to oznacza, że Sai był tam tamtej nocy. Że to on mnie bił. Że to on okaleczył Sasuke.
Podchodzę w kilku krokach do jego drżącego ciała. Moje ciężkie buty chlupoczą w wodzie, krwi i tuszu. Zatrzymuję się nad nim. Jego wzrok utyka w mojej masce. Uchylam ją, by spojrzeć na niego lepiej. By widział moją twarz.
Jego oczy są czarne jak oczy Sasuke. Oczy, których nigdy nie zobaczę. Mrugają raptownie, nieregularnie, jakby cierpiący chłopak starał się nad wszystko zachować przytomność.
Przygryzam wargę, schylając się i obracając bo w jego ranie, wkręcając tanto głębiej w jego nogę. Chłopak wrzeszczy i zamachuje się na mnie wyciągniętym znikąd senbonem, którego przechwytuję i wbijam mu w podniesioną na mnie dłoń, przybijając ją do ziemi.
Plama krwi pod jego nogą gwałtownie rośnie.
Nie zabiję go jednak. Jestem silniejsza. Wiem, jak to jest popełnić błąd. Mieć zły rozkaz.
Danzo…. to jednak inna sprawa.
Nawet nie patrzy na swojego wykrwawiającego się podwładnego, prosząc Kazamę o pomoc z wyciągniętymi rękami. Nie wie, że gdyby przebiegł zaledwie paredziesiąt metrów, zgubiłby mnie, jego chakra i Izanagi natychmiast by wróciły.
Skrzydlaty demon obraca wzrok w stronę areny. Bez słowa wzbija się wyżej do lotu i oddala się bez oglądania się za siebie.
Plan dwóch zdrajców wioski legł w gruzach. Wszyscy Kage żyją. Mimo przewagi liczebnej Korzeń i ludzie Orochimaru nie dali Anbu i Sasuke rady. Skupiając uwagę na łupie, jakim byłby młodszy z Uchihów, zmniejszają jedynie straty.
Być może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby Shimura nie byłby tak skąpy i pewny siebie. Otoczył się jedynie najbardziej zaufanymi ludźmi, nie wtajemniczył do swoich rozkazów pachołków swojego wspólnika, którzy zostali na arenie, odwalając większość brudnej roboty.
Ciałem Danzo aż telepie ze złości. Przez chwilę wpatruje się w swoją bladą rękę pełną oczu. Jest czerwony. Jego zgorzkniała, wkurzona mina uwydatnia wiek na jego zniszczonej twarzy.
- OROCHIMARU MNIE ZDRADZIŁ! NAS ZDRADZIŁ! TO JEGO EKSPERYMENT, NA PEWNO! - Obraca się w naszą stronę, jakby to nam tłumaczył swoje postępowanie. Itachi przechyla głowę. - SPISKUJE Z TSUNADE-HIME! TAK! TO ONI, TO ONI MU DALI- nie… to niemożliwe… ja… - Jego kroki zwracają się chwiejnie w kierunku najbliższego celu, na którym może wyładować swoją złość. W kierunku Itachi’ego. Jego palce wierzgają niekontrolowanie przy jego bokach, jakby co sekunda rwąc się do składania pieczęci, a chwilę potem przypominając sobie, że to na nic. - Skąd… SKĄD ON MA TE OCZY?!
W jego dłoni znikąd pojawia się kunai. Mimo wieku nadal jest najwyższej klasy shinobi. Korzysta z naszego skupienia na jego szaleństwie, by zaatakować. Nóż wymierzony jest dokładnie w tętnicę szyjną wysokiego Uchihy. Nigdy tam jednak nie trafia, gdy jego nadgarstek zostaje błyskawicznie wykręcony, a siła jego ciosu obrócona przeciwko niemu.
Starszy mężczyzna zostaje powalony na ziemię. Itachi wbija mu kolano pod żebra, przysiadając na nim i przystawiając mu do szyi swoją katanę.
Wszystko zamiera, gdy Danzo traci dech, a jego wzrok po raz pierwszy utyka w widzianym przez maskę oku Itachi’ego. Dokładnie w tym momencie czarny kucyk Uchihy ześlizguje się z jego ramienia, zwisając przy uchu drżącego Shimury.
- Tego samego zastanawiam się na twój temat, Danzo-sama.
Nie ma to już znaczenia. Torune i Yamanaka są nieprzytomni. Sai powoli się wykrwawia. Danzo nie ucieknie. Jego panika i desperacja nic nie zmienią. On sam chyba dochodzi do takiego wniosku, bo jego ciało samoistnie zamiera w bezruchu.
- I-Itachi… - Jego głos jest zdumiony, oszołomiony. Shinobi ignoruje przystawioną do jego krtani zimną stal, wgapiając się w Uchihę, jakby ten cudownie wstał z grobu. - Jak… czemu…
- Proszę się nie ruszać, Danzo-sama - wzdycha Itachi, ignorując jego nieskoordynowane pytania. Odsuwa miecz od szyi starca, zwracając się ku nam. - Nobushi, zwiąż go. Tsuyu, pomóż Dango.
Akane przeskakuje najbezpieczniejszą drogą na dach, na którym Uchiha przytrzymuje Shimurę. Ja biorę jęczącą Anko pod ramię, chakrą pomagając mięśniom zaciągnąć ją w to samo miejsce. Jej obrażenia są paskudne. Osocze sączy się z otwartych, oparzonych ran, zlepiając jej skórę z uniformem. Oberwało się też jej twarzy. Nie mogę na to patrzeć.
Niirochi unieruchamia ręce Danzo za jego plecami. Itachi rzuca okiem na nieprzytomne sylwetki jego współpracowników. Póki Danzo nie wie, co jest źródłem jego bezmocy, nie oddalamy się od siebie. W mojej torbie nadal spoczywa Haisekai.
Czuję, jak w Itachi’m zbiera się chakra. Przygotowuje Izanami. Na spokojnie, rozważnie, bez pośpiechu.
Cały on.
- Wyślę sygnał do zespołu przechwytującego. Ogarnijcie ją - Uchiha wskazuje podbródkiem na dyszącą Mitarashi.
Odwracam wzrok od Anko, którą Akane szeptem próbuje daremnie uspokoić. Z udawanym spokojem patrzę, jak Uchiha wypuszcza w powietrze wąską wiązkę Katona. Specjalny zespół czeka w gotowości na sygnał, by obezwładnić jeńców pieczęciami i zabrać ich w bezpieczne miejsce.
Podchodzę bliżej niego, gdy odsuwa maskę i przystępuje do dokładnego układania pieczęci. Stoję tuż nad skrępowanym Danzo. Biorę głęboki, zimny wdech, spoglądając umysłem w kierunku areny. Sprawdzam.
Czy coś się zmieniło?
Oszołomiony walką, podekscytowany demon o uśmiechu Sasuke mówi mi, że nie.
Że mogę.
To osoba odpowiedzialna za śmierć mojej rodziny. Wszystkich mnichów Akazuno. Zniszczenie świątyni. Śmierć klanu Uchiha. Cierpienie Itachi’ego. Spiskowanie przeciwko wiosce z Orochimaru. Eksperymenty. Zamach.
Kilka błyskawicznych pieczęci. Teraz albo nigdy.
Ostry jak brzytwa podmuch chakry okala moją wyprostowaną, brudną dłoń. Fuuton skrzeczy niczym ocierające się o siebie tafle burzy.
Myślałam o tym momencie tak długo i tak wiele razy, że obraz przed moimi oczami bardziej przypomina wyraźne wspomnienie.
Itachi nie zdąża zareagować. Nie na coś tak dla niego niespodziewanego. Może niepojętego?
Zanim moja chakra rozmywa się w powietrzu, głowa Danzo upada na dach.

Unikałem wojny.
Wojna była ostatecznym złem, trawiącym setki niewinnych istnień.
Nie byłem osobą mszczącą się. Uczucia nie przysłaniały mi celów, jakie sobie postawiłem. Danzo Shimura miał chyba podobne podejście. Nawet, jeśli nasze sposoby diametralnie różniły się od siebie, to prowadziły one do rzeczywistości, które w naszych prywatnych odczuciach były pozytywnym wynikiem. Nie dla nas, a dla ogółu.
On też unikał wojny, do pewnego momentu. Nie próbował podważyć fundamentów, na jakich stała wioska, a jedynie zmienić osobę, która stała na jej szczycie. Zmienić jej przyszły kurs. Wierzył, do samego końca, że to, co robił, było słuszne.
I za to właśnie leżał teraz u moich stóp, martwy.
Zabiła go młoda osoba kompletnie nie znająca wojny. Nie stojąca nigdy u władzy. Która niczego nie stworzyła i za nic nie była odpowiedzialna, nieskalana ciężarem decyzji i setkami żyć na sumieniu.
W jej oczach widziałem wszystko to, co było dla mnie od dawna oczywiste. Nienawidziła go. Potępiała jego metody. Uważała go za złego człowieka, bez którego świat byłby lepszy. Nie przypuszczałem jednak, że posunie się tak daleko. Że sama wymierzy mu karę, kierowana osobistymi uczuciami.
Uczucia i zemsta były względne. Teraz wykonywała moje rozkazy, a parę miesięcy temu potraktowałaby mnie tak samo, jak niego. Czy uważała może, że ma większe prawo zabić mnie czy Danzo za nasze czyny, niż ja zabić siebie z każdego innego powodu?
Nie było na świecie chyba granic głupoty i pewności siebie. I obie te cechy prezentowała właśnie z wypiętą dumnie piersią naiwna kunoichi. Nic innego nie tłumaczyło jej przeświadczenia o tym, że ma prawo decydować o tym, kto jest zły, a kto dobry. Kto żyje, a kto umiera.
            Była prosta do odczytania. Ignorowała zmieszany rechot Anko oraz ciche pytania Akane, wpatrując się wprost w moją twarz z otwartym wyzwaniem.
            Nie miałem nic do powiedzenia. Nie musiałem zadawać pytań. Wszystko było jasne.
            Dla Nozomi nie liczyło się nic. Nie liczyła się wioska, autorytety, rozkazy, przeszłość, przyszłość, ja czy Hokage. Ważne dla niej było jedno: szczerość wobec swoich uczuć. A te ulokowane były w tym, co stworzyła z Sasuke.
            Była egoistką zapatrzoną w nich samych, jego uczucia, mylne przeświadczenia i zmyśloną przyszłość. Zbuntowaną dziewczyną, przerażoną własną potęgą ingerencji w to, co wydaje się postanowione. Uważała jednak naiwną zemstę za osobistą odpowiedzialność wobec samej siebie. Żadne z moich słów nie zmieniłyby jej zdania.
            Co nie znaczyło, że to był koniec. Każda decyzja miała swoje konsekwencje.
            - Zapłacisz za to - westchnąłem cicho. Nie było to pogróżką, a oświadczeniem prawdy, na którą dziewczyna musiała się psychicznie przygotować. Kunoichi tylko uśmiechnęła się, wzruszając przekornie ramionami, myśląc pewnie o kolejnej nudnej karze od Hokage i Rady.
            - Wiem. Coś to zmieni?
            No właśnie. Nic.
        - Niko… czy Sasuke… - Akane wyraźnie próbowała zebrać myśli, wpatrując się, zszokowana, w nieruchomą głowę leżącą w kałuży krwi. Prawdopodobnie bardziej niż nagłą śmiercią Danzo przejmowała się faktem, iż jej uczennicy udało się nas nabrać na jej posłuszną postawę, a ona sama - mająca się za osobę znającą Nozomi, rozumiejącą ją - nie potrafiła temu zapobiec.
            - Wie. Pozwolił mi - mruknęła dziewczyna, powoli wychodząc z wyraźnego szoku. Odpieczętowała słoik, po czym przykucnęła przy zakrwawionym ciele Shimury.
            Ze zrezygnowaniem przyklęknąłem koło niej, mimo wszystko wyręczając ją z wyciągania z jego ciała potrzebnego Sharingana. Był moją odpowiedzialnością.
            - Sasuke nie ma prawa pozwalać ci decydować o czyimś życiu, Niko - warknęła protekcjonalnie Akane, spoglądając na horyzont, znad którego nadciągała już wezwana grupa Anbu. - Zwłaszcza tak ważnej osoby, jak Danzo. Hokage-sama-...
            - A, nie nie. Nie, że mi pozwolił go zabić - zaśmiała się sztucznie kunoichi, wyraźnie mechanicznymi, oderwanymi od rzeczywistości ruchami przytrzymując bezwładną głowę Danzo, by ułatwić mi pracę. - Pozwolił, bym to ja go zabiła. Nie on. Inny los Danzo… nie był...um… brany pod uwagę? Nie po tym, co zrobił.
Dziecinne wytłumaczenie. Naiwne. Shimura był cennym członkiem rady. Autorytetem. Legendą. Uczniem Drugiego. Przyjacielem Trzeciego. Miał niezrównaną wiedzę historyczną i polityczną. Był strategiem. Inspirował ludzi. Wiedział wszystko o Orochimaru i jego zamiarach. Dzięki Izanami wioska mogłaby mieć z niego pożytek. Teraz zostaliśmy z niczym.
Wzrok Akane nie zmienił się. Patrzyła na kunoichi, jakby ta zwariowała. Nie rozumiała jej decyzji.
Nozomi westchnęła, podnosząc się ospale, gdy ostrożnie wyjęty Sharingan Shisui’ego wylądował w słoiku.
Mitarashi patrzyła na mnie z dołu. Z jej licznych ran sączyła się krew, jej cała sylwetka pokryta była nietypową, karminową sadzą z Kuchikiri. Mimo to w jej oczach widać było wyraźne rozbawienie tym, co widziała na mojej twarzy.
- Sam mi z-zmajstrowałeś to dziecko, Itachi - zaśmiała się ochrypłym głosem. Jej sylwetka powoli wiotczała, a skorupa z brudu, krwi i potu oklejająca jej szczękę i policzek pękała przy każdym jej ruchu ustami. - To teraz… masz…
Może dlatego to ona znalazła tego dnia Nozomi. Zostawiłem ją niedaleko Konohy, ale jakie było prawdopodobieństwo, że zobaczy ją ktoś, kogo znałem? Czy Anko tego dnia już mnie szukała? Znając moją chakrę, nie byłoby to trudne.
Zabawne. Gdybym tamtego dnia poszedł na łatwiznę i zostawił ryczące dziecko w płonącej świątyni albo później ukręcił mu w lesie kark, nikt by się nim nie przejął.
Tysiące dzieci ginęło każdego dnia, a tamtej nocy zginął cały klan. Dwie rodziny.
Dzisiaj nie mogłem już zrobić jej nawet najmniejszej krzywdy. Była ważniejsza dla wioski niż ja. Zawłaszczyła sobie wszystkich ludzi, na których kiedyś mogłem polegać. Niirochi - zawsze całkowicie wierna rozkazom. Myśląca rozsądnie, logicznie. Wyzuta z uczuć w obliczu obowiązku. Osoba, która poświęciła własne życie dla bezpieczeństwa kraju, rezygnująca z własnego życia osobistego i domu, przez lata szpiegując, kłamiąc, zabijając… nie podniosła na nią głosu.
Może to właśnie dawało jej taką odwagę i pozorną niefrasobliwość w obliczu tego, co właśnie uczyniła.
- Nie było pewności, czy Danzo nie oprze się Izanami. Orochimaru eksperymentował na nim od dawna. Spójrzcie na jego porąbaną rękę. Jest nafaszerowany… czymś, nie tylko Sharinganami. Mogłeś użyć Izanami na darmo. - Nozomi wskazała na mnie. Anko bezczelnie przytaknęła jej wywodowi, nawet podczas powolnego tracenia świadomości. Wciąż podrygiwała w nierównomiernym chichocie, jakby była zadowolona z całej sytuacji. - Kto wie, może użyłby Izanagi ze środka Izanami - dodała młodsza kunoichi. Otworzyłem usta, by powiedzieć, że to nie możliwe, ale dziewczyna natychmiast uciszyła mnie. - Może. Nie wiemy. Ktoś próbował? Nie. Wtedy stracilibyśmy oba z oczu Shisui’ego, a Itachi zostałby na lodzie. - Zrobiła pauzę, jakby spodziewając się, że będę się teraz z nią kłócił. Nie odezwałem się, chowając za to katanę. Dziewczyna wróciła więc do swojego wywodu, z każdym słowem się w nim upewniając. Zaczęła nawet liczyć swoje wątpliwe argumenty na palcach. W moim kierunku. - Rzucenie Kotoamatsukami tylko jednym okiem, po Izanami, mogłoby cię wykończyć. Wiem, że bardzo tego chcesz, ale ja nie. - Wypchnęła biodro w bok, patrzac na mnie wyzywająco z dołu, jakby ogłosiła na głos mój wielki sekret. Zaczynałem mieć jej poważnie dosyć. - Nie mamy też pewności, że w ostatnim czasie nie używał go. Gdybyśmy zabrali mu oko, a ono nie byłoby w stanie rzucić Kotoamatsukami, narazilibyśmy życia całego Korzenia oraz wszystkich, których by zabili. Nie tylko rozpraszając się po wiosce, ale potem organizując się i idąc jak owce na rzeź, by wyswobodzić z więzienia swojego ukochanego przywódcę. - Wskazała z wściekłością na powoli blednące truchło u naszych stóp. - Póki on żył, musieliby za niego umierać. Mają wyprane mózgi. Ginęliby za niego do końca, a ludzie po naszej stronie umieraliby za zatrzymanie go. O ile byłoby to możliwe, w co wątpię, bo pomógłby mu Orochimaru oraz masa agentów Korzenia, których najpewniej ma pozostawianych po Anbu, a co dopiero więzieniu.
Nie pozwoliłem swojemu umysłowi dojść do wniosku, że mogła mieć teraz rację. Zamiast tego skupiłem się na tym znajomym uczuciu, jakie wywołał jej przejęty głos, zupełnie tak jak wtedy, gdy rozmawialiśmy o jej zakłamanym planie w bazie Shinzobu.
Nozomi chodziło o zemstę, owszem. Ale nadal cały czas miała na uwadze dobro wioski. Ciągle kalkulowała, która decyzja pozwoli na śmierć mniejszej ilości ludzi. I rzeczywiście, gdy stawiała sprawę w ten sposób - nie skupiając się na interesie wioski jako interesie polityczno-militarnym, zwycięstwie Hokage i Rady, a na interesie moralnym, społecznym, empatycznym, w postaci najmniejszych strat w ludziach…
Nie była egoistką. Może nigdy nie widziała wojny, ale bała się jej na tyle, że widziała ją już wszędzie. Zachowywała się, jakby wojna już się toczyła wokół niej, a ona próbowała ją zakończyć. Nawet takim kosztem. Wyboru. Interwencji.
I znowu podkładała siebie pod nóż. Zapewne po to, by nie stawiać mojego brata w złym świetle przed Shiznobu, co skończyłoby się tragicznie, gdyby to jego ręka posłała głowę Shimury na ziemię.
Poczułem zgraję chakr gasnących w promieniu parunastu metrów. Nasunąłem maskę na twarz.
- Kapitanie Yaksha, jesteśmy - zakomunikował niepewnie medic-nin, wpadając z łomotem na dach. Za nim wskoczyło kilkoro kolejnych. Ich miny wyrażały głęboki dyskomfort. Nie było czasu tłumaczyć im mocy Haisekai. Nozomi wiedziała już, że musi się go pozbyć w drodze na arenę.
- Agentka Dango wymaga pomocy. Zabierzcie ją w bezpieczne miejsce. - Spojrzałem na Mitarashi, która zemdlała z błogą miną. Akane ułożyła ją w wygodniejszej pozycji, upewniając się, czy oddycha. - Trzech shinobi Korzenia do opatrzenia i uwięzienia. - Wskazałem w pierwszej kolejności na młodego chłopaka, któremu Nozomi - przewidywalnie - darowała życie. - Ciało Danzo Shimury…
- Zabierzemy je do badań, kapitanie.
Nie zadawali pytań. Dobrze.
- Ruszajmy - ponagliła Nozomi, trzymając w ręce chropowaty, turkusowy kamień. Jej oczy utkwione były w arenie. Jutsu, jakie wykonała wtedy w szpitalu, w jakiś sposób pozwalało jej komunikować się z Sasuke na dystans.
Przytaknąłem, chwytając wyciągniętą rękę Niirochi, której trzeba było pomóc pokonać pierwszych kilka skoków bez chakry, zanim młodsza kunoichi cisnęła kamieniem w stronę lasu.
Moja chakra natychmiast wyklarowała się i wyostrzyła. Nie zużyłem jej wcale, a mimo to nie mogłem mieć gwarancji, że mój plan nie zawiedzie. Oczy Shisui’ego były trudne do kontrolowania. Czułem się słabszy niż zwykle i ociężały, a to wszystko i tak zawdzięczałem niezliczonej ilości leków i długiemu wypoczynkowi.
Niirochi spoglądała na mnie między skokami.
- Musimy dotrzeć do loży Kage, by Hokage-sama wstawiła ci oko.
- Mam inny plan - rzuciła Nozomi, zmieniając nieznacznie kurs. Po kilku chwilach nasza trójka stała już na krawędzi muru wokół areny.
Stadion był istnym pobojowiskiem. Dookoła pełno było dowodów walki z pomocą ninjutsu, w tym piasku Kazekage. Wszędzie były gruzy, śmieci po publiczności, dym i leżący ludzie. Z zaskoczeniem stwierdziłem, że od znacznej większości z nich nadal biła słaba chakra. Mój brat nie zabił tylu wrogów, ilu się spodziewałem.
Znowu - wpływ Nozomi.
Agentów Korzenia - tych nadal stojących o własnych siłach - widać było jedynie przy loży Kage, gdzie zostali widocznie z boku, atakując sporadycznie. Nie mieli rozkazów. Możliwe, że niejaki Kazama przekazał im, że stracili przywódcę. Dziwne, że nie ruszyli z odsieczą.
Prawdopodobnie Orochimaru wyznaczył w zastępstwie innego dowódcę, który na to nie pozwolił. Mieli przecież inny cel. Zabicie Hokage by zrobić miejsce dla martwego już Shimury nie było zadaniem godnym ryzykowania życia.
Tłumaczyło to zachowanie reszty napastników. Rzesze żołnierzy w strojach Oto-gakure lub cywilnych ubraniach zaciekle atakowało to grupę Kage, to Sasuke, który w przeciwieństwie do reszty Anbu stał niewzruszenie na samym dole areny, z łatwością odpierając wszystkie ataki za pomocą fioletowego Susanoo.
Nozomi nie musiała wołać, by nas zauważył. Gdy tylko chłopak odrzucił na ścianę atakującego go wojownika Sannina i znalazł sekundę czasu, odwrócił się, wraz z całym demonem, w naszym kierunku.
Uśmiechał się. Jego oblicze było jednak za dzikie, by nazwać go radosnym. Jego włosy i ubrania rozwiane były buzującą dookoła niego, pozornie nieskończoną energią. Jego wygląd nie zdradzał żadnych poważnych ran. Wszyscy na arenie koncentrowali swoją uwagę na nim, gdy jego Mangekyo skupiło się wprost na mnie.
Bez żadnego ruchu ciałem rozkazał demonowi się poruszyć.
Powietrze wokół nas rozgrzało się, niebezpiecznie naelektryzowane. Masywna łapa poszybowała w górę, w naszym kierunku, a z twarzy mojego brata nie zniknął zachłanny uśmieszek.
Pomyślałem najpierw, że to atak. Że Sasuke znalazł okazję, by skończyć ze mną w najbardziej kulminacyjnym momencie. Wbrew Nozomi.
Nie cofnąłem się, gdyż dziewczyna nie wydawała się wcale przerażona czy wściekła. Ugięła za to kolana, szykując się do skoku, po czym bez wahania przefrunęła odcinek pomiędzy murem a wyciągniętą, otwartą dłonią demona. Jego duchowa skóra zaskwierczała pod jej butami. Wraz z Akane poszliśmy jej śladem. Wśród dymu, piachu, krzyków i ruchu, zostaliśmy zniesieni na dół przez rękę Susanoo, którego żebra rozstąpiły się, zapraszając nas do środka, gdy tylko znaleźliśmy się na ziemi.
Dookoła było pełno energii. Wszystko aż pachniało moim bratem, jakbyśmy nie znaleźli się na środku areny, a w jego kieszeni. Tym razem nie uraczył mnie nawet spojrzeniem, z powrotem obserwując wrogów - widocznie zainteresowanych ruchem na polu bitwy.
Chłopak wyciągnął rękę na oślep. Nozomi od razu podeszła pod nią, przystając praktycznie przyklejona do niego. Sasuke bez słowa przejechał dłońmi w rękawiczkach po jej unoszących się od szybkich oddechów ramionach, lecząc jej rany. Nie mówili nic, ignorując mnie i Akane. Komunikowali się jedynie swoim jutsu.
Gdy Sasuke zmiótł kolejny oddział Orochimaru, odganiając się od nich jak od much, spojrzał w końcu na stojącą przy nim kunoichi. Ich “rozmowa” widziana z boku była ciekawym zjawiskiem. Widać było po nich treść wymiany i zmieniające się uczucia jej towarzyszące. Brunet zmarszczył lekko brwi, podczas gdy dziewczyna przechyliła głowę. Po chwili patrzenia na jej brudną twarz chłopak westchnął, przechwytując od niej słoik.
Nozomi pozostała na czatach, zajmując jego miejsce w środku Susanoo i oblizując nerwowo usta. Sasuke musiał powierzyć jej obserwację wroga i informowanie go, gdzie i kogo zaatakować.
- Uklęknij czy coś - warknął, gdy stanął naprzeciwko mnie. Otworzył nonszalancko słoik, zaglądając do środka. Jego postawa i głos były znudzone. Nic dziwnego, bo najwyraźniej walka nie była dla niego wyzwaniem, a zdrada, jaką przygotował ze swoją dziewczyną, udała się w stu procentach. Nie sądziłem jednak, że będą tak przygotowani, by przeszkolić go w przeszczepianiu oczu na środku pola walki.
Wykonałem bez słowa jego polecenie, zdejmując do końca maskę i zsuwając z twarzy opaskę. Dookoła nas, za wibrującą, demoniczną barierą, fruwały skały i piach, gdy Susanoo odpierał kierowanego w nas Dotona oraz dziwne, czarne pociski.
Spojrzałem na niego z dołu. Jego szczęka była zaciśnięta w irytacji, gdy jego palce dobyły obślizgłej gałki ocznej. Przyglądał się jej przez chwilę, beznamiętnie obracając ją w palcach. Akane przejęła od niego słoik.
To była jego decyzja. Kotoamatsukami rzuciłbym i bez niego. Jego posunięcie zwiększało tylko szanse powodzenia jutsu. Nozomi tego chciała. Ale nie mogła go do tego zmusić.
Widziałem tysiące myśli kotłujące się w jego głowie. Może nadal się zastanawiał. Może jednak chciał tego oka dla siebie. Może jednak chciał mnie zabić. A może po prostu wspominał nasze spotkanie, gdy w ogniu walki groziłem mu zabraniem oczu, podsuwając mu wizje agonii i oszpecenia w poszukiwaniu mocy.
Ironiczne. Zupełnie odwrotna sytuacja.
Jego chłodne palce szarpnęły moją brodę do góry.
Niechcący wstrzymałem oddech.
To był pierwszy raz, gdy mnie dotknął. Nie patrzył już na mnie, a na miejsce swojej pracy, które musiał trochę rozewrzeć, zanim objął je swoją zielonkawą, medyczną chakrą.
Zignorowałem przeszywający ból, zamykając drugie oko. Sasuke nie był pod żadnym względem delikatny. Wiedziałem jednak, że zawsze wykonywał swoje zadania z pedantyczną dokładnością. Nieważne, z iloma myślami się podczas tego zmagał.
Bez narkozy było to dziwne uczucie. Czułem tylko drżenie w środku, gdy zagubione, zdezorientowane nerwy były na siłę łączone z obcym ciałem. Moja głowa buzowała od otępiającego bólu, walcząc z intruzem i nową chakrą. Pewna część mojego wnętrza jednak rozpoznawała je i krok po kroku, sekunda po sekundzie, przyswajała je, szukając w nich oparcia dla zapasów mojej chakry.
Gdy zgodził się przyjąć moje oczy, ogłosił donośnie, że nie jest mi nic winien. Było to zdumiewająco prawdziwe, bo przecież nigdy nie byłbym w stanie niczego od niego oczekiwać.
Jednak teraz czułem się winien jak nigdy. Pod jego krytycznym, skupionym, karcącym spojrzeniem, otoczony jego chłodną chakrą, całkowicie na jego łasce. Wiedziałem, że robi to dla Nozomi, a jednak nie potrafiłem pozbyć się wątpliwości, czy jednak nie jest to przysługa, na którą nie zasługuję.
            - Już.
            Zamrugałem, mrużąc oczy.
       Jego Mangekyo nie zniknął. Był pozbawiony źrenicy, idealnie symetryczny, świecący w półmroku areny i przeszywający mnie na wskroś. Zimny. Kalkulujący kazdy moj ruch. Pozornie bezlitosny. Miał w sobie część mnie.
            Miał przyjść do mnie, gdy będzie miał takie same oczy, jak ja.
            Chyba zrozumiał to zbyt dosłownie.
            - Z czego się cieszysz? - Rzucił mi ostatnie pogardliwe spojrzenie, nie czekając wcale na odpowiedź. W tym momencie trochę zazdrościłem Nozomi, że potrafi zajrzeć mu do głowy. Jego słowa i reakcje były ostatnio nieprzewidywalne.
            - Ogarnijcie się, mamy kłopoty - westchnęła Niirochi, stając u mojego boku i udając, że nie asekuruje mnie przy wstawaniu na równe nogi.
     Odkaszlnąłem, wycierając zakrwawioną rękę o uniform. Mangekyo i chakra buzująca w moim organizmie zaczęły powoli ożywiać wszystkie komórki mojego ciała, odnawiać je. Adrenalina, stres i wysiłek wypłukiwały przy tym leki Hokage.
            Spojrzałem na przestrzeń nad nami, przyzwyczajając się do ponownego używania obu oczu. Powoli napełniając je mocą. Czując jego obecność.
            Dziękuję, Shisui.
Ludzie Orochimaru zrezygnowali z atakowania Kage. Okrążyli nas, rozstawiając się równomiernie na krawędzi areny. Wśród nich widziałem missing-ninów z książeczki Bingo, shinobi owładniętych całkowicie Przeklętymi Pieczęciami, Kazamę i Kabuto. Naliczyłem dziesięciu. Układali pieczęci, których nie rozpoznawałem.
- Kończmy to - warknął Sasuke, stając za Nozomi i kładąc jej rękę na szyi. Jego kciuk przejechał pokrzepiająco po jej skórze. Ich chakry były zaskakująco stabilne.
Zanim którekolwiek z nas przygotowało atak lub chociaż zaplanowało jakiś ruch, pomiędzy dziesiątką ludzi nad nami pojawiły się fioletowe, migoczące linie, formujące dwa przenikające się pentagramy.
Powietrze dookoła zgęstniało. Stanąłem szerzej, zapierając się nogami w żwirze. Omal nie straciłem równowagi. Poczułem nagłe zwiększenie grawitacji. Cały budynek zdawał się pulsować dziwaczną energią nie przypominającą ninjutsu. Sasuke stęknął, łapiąc się za głowę, gdy jego też przytłoczyło nagłe ciśnienie.
Przestrzeń pomiędzy neonowymi pasami zamknęła się z trzaskiem. Ogromne, okrągłe światło areny zostało całkowicie zasłonięte barierą przesyconą chakrą.
Minęła sekunda, podczas której próbowałem znaleźć słaby punkt jutsu, poznać naturę chakry wrogów, zaplanować najlepszy atak, złapać oddech, wydać rozkaz.
Wtedy fioletowa, błyszcząca płachta zaczęła opadać w dół, prując tynk po wewnętrznej części areny, spadając nam na spotkanie.
- Raiton: Tenkatsu! - wrzasnęła Akane, wyskakując spomiędzy żeber Susanoo i posyłając w kierunku zbliżającej się do nas bariery wiązki świecącej, głośnej energii.
Jej jutsu odbiło się od niej niczym gumowa piłka od ściany, a zaraz potem rozpłynęło w powietrzu, jakby nigdy nie istniało.
Wystąpiłem spod techniki Sasuke, otaczając się własnym, ogniście czerwonym Susanoo. Akane zaatakowała spadającą na nas barierę kolejnym jutsu, wkładając w nie ogromne pokłady chakry. Prawdopodobnie swoje ostatnie.
- RAITON: RAIJŪ​! - Ku górze pomknęła świszcząca kula piorunów, po drodze migocząc i rycząc niczym niezidentyfikowane, przemieniające się zwierzęta. Błyskawica rąbnęła o wibrującą tarczę z hukiem. Chakra rozmyła się w powietrzu ze skwierczącym, cuchnącym dymem.
Nie było czasu do stracenia.
Rozkazałem swojemu Susanoo wykonać jeden atak. Jeden zamach. Najsilniejszy. Pociski Yasaka Magatama świstnęły z jego rąk, mknąc przez powoli malejącą przestrzeń między nami a barierą.
Jedyne co nastąpiło, to tąpnięcie. Moja skoncentrowana chakra uderzyła o barierę, powodując dziwny podmuch pełen zanegowanej energii. Czułem u naszych przeciwników naturalną odpowiedź, gdy zgodnie wzmocnili swoją technikę w zaatakowanym miejscu, zaraz przed trafieniem.
Bariera zatrzymała się na chwilę, gdy jej autorzy łapali oddech, ale po kilku sekundach ponownie ruszyła ku nam, najwyraźniej zamierzając nas zmiażdżyć. Jeśli Orochimaru nie zależało na żywych członkach klanu Uchiha, mogła spokojnie przycisnąć nas do ziemi i udusić.
Pole manewru z sekundy na sekundę znikało. Uniosłem ręce Susanoo, przygotowując się do przytrzymania bariery.
Spojrzałem na Sasuke i Nozomi.
Przyjęli dziwną pozycję.
Zdawali się zupełnie nie patrzeć ku górze, na spadającą na nas powłokę. Może rzeczywiście nie było sensu, skoro ani ja, ani Akane nie mogliśmy jej rozbić. Zamiast tego objęli się szczelnie ramionami, jakby szykując się na najgorsze. Sasuke stał za kunoichi, uważnie przyglądając się pieczęciom, jakie układała.
Ich chakry rozmawiały ze sobą. Wirowały zgodnie dookoła, niczym jedna energia. Ich moc miała inny kolor, inną gęstość, inny zapach, niż ich chakry osobno. Ich zrozumienie było na zupełnie nowym dla mnie poziomie.
Byli w niej skąpani. Wspólnie. W taki sam sposób, w takim samym stopniu.
Nie walczyli ze sobą. Dokładnie wiedzieli, co każde robi. Kontrolowali, w którą stronę się obrócić, gdzie postawić nogę, gdzie zrobić miejsce. Chakra Sasuke stała się gorąca i czerwona, nie raniąc jednak Nozomi, która odpowiedziała ruchem i srebrem. Wyrzuciła ręce przed siebie.
- Fuuton: Atsu Kazegai!
Powietrze z moich płuc zostało wyssane. Akane upadła na kolana gdzieś obok mnie.
Cała przestrzeń stadionu oberwała odrzutem z nagłego wezbrania chakry. Cały tlen został zaprzęgnięty do jednego jutsu.
Przed Susanoo Sasuke wytworzyła się trąba powietrzna, bucząca, sycząca ogniem wdmuchiwanym do niej przez mojego brata. Z każdym szybkim obrotem zyskiwała na sile. Minęła sekunda, może dwie, gdy fioletowy Susanoo naprężył się, machając ręką, kierując chakrę ku… ścianie stadionu.
Płonący wir zgiął się wpół niczym kosa i roztrzaskał kilkunastometrowy mur, rozrzucając kamienie i piach we wszystkich kierunkach. Ziemia zatrzęsła się wraz z całym stadionem, który zaczął pękać od miotającej nim energii.
Wszędzie było pełno pyłu i pary wodnej. Dookoła rozległ się smród spalenizny. Bariera zblizala sie do nas coraz szybciej.
Chwyciłem Niirochi do środka Susanoo i bez wahania ruszyłem za Sasuke, który wyskoczył z ruin areny z Nozomi obijającą się o żebra jego duchowego stwora niczym ptak w klatce.
Żwir zarzęził pod moimi butami. Bez oporu rąk mojego Susanoo bariera runęła na ziemię tuż za nami, jeszcze bardziej niszcząc stadion.
Odstawiłem dyszącą Akane na ziemię, kaszląc. Moje jutsu zniknęło.
Wirujące płatki śniegu uciekały przed ciepłym powietrzem nadal kołyszącym drzewami. Lądowały na mojej twarzy przy każdym świszczącym oddechu.
- No. Zupełnie jak w Yuki no Kuni - stwierdziła młodsza kunoichi, wstając na równe nogi i otrzepując rękawiczki. Uderzyła Sasuke w ramię. - Ugh! Mogłeś mnie ostrzec.
- Myślałaś, że tam zostaniemy?
Akane widocznie tak myślała, bo złapała się za serce, patrząc na zniszczony stadion. W jej ciele nie został ani gram chakry.
Na pozostałościach murów nasi przeciwnicy przegrupowywali się. Nie odbiegliśmy za daleko. Stadion był otoczony. Nie czułem na nim też Kage, prawdopodobnie ewakuowanych przez Kakashi’ego i resztę. Ludzie Korzenia i Orochimaru nie mieli gdzie uciec, bo hałas wywołany przez walki ściągnął całą resztę Anbu.
Jedyne, co im zostało, to ostatni, zdesperowany atak.
- Itachi, rób swoje. Weź Niko. - Sasuke wypchnął swoją dziewczynę przez wąską szparę w Susanoo. Doskonale kontrolował swoją technikę, w tak krótkim czasie. Nozomi zaklęła siarczyście. - Ja ich zajmę.
Niczym na zawołanie, z gruzów skoczyli ku nam dwaj zamaskowani shinobi. Sasuke w mgnieniu oka pojawił się pomiędzy nimi a Nozomi. Jeszcze zanim wyhamował, ręka Susanoo posłała wyższego z przeciwników w tył. Jego właściciel wyskoczył w kierunku bliższego wroga, chwytając go za szyję i wymierzając mu cios kolanem w twarz.
To nie wystarczyło, by agent Korzenia stracił przytomność, więc zanim upadł, natychmiast został złapany pod ramiona, wykręcony w tył i znokautowany ciosem głową. Sasuke kopnął nieprzytomnego przeciwnika w kierunku nadciągającego ponownie wroga.
Zamaskowany shinobi uniknął zderzenia i wyskoczył w przód, atakując wyciągniętym nagle ostrzem. Chłopak sparował kilka jego ciosów, a po chwili namysłu odsunął się, mierząc obu mężczyzn ponurym wzrokiem. Ich ciała w sekundę spowił czarny ogień Amaterasu.
Wciąż przytomny sługa Danzo upadł na kolana, wrzeszcząc w rozpaczy i wszelkimi sposobami próbując ugasić płomienie. Sasuke nie pozwolił mu zginąć, wyłączając je, gdy tylko uznał, że wrogowie zostali zneutralizowani. Jego Mangekyo zmierzyło z ekscytacją szereg nowych wrogów pokrytych Przeklętymi Pieczęciami. Nie było po nim widać ani krzty zmęczenia.
Nozomi westchnęła z dezaprobatą.
- Dam ci znać, gdy będziemy gotowi. - Poczułem rękę na łokciu, a zaraz potem zostałem odciągnięty w kierunku przejścia podziemnego przy zawalonej klatce schodowej.
Zostawiliśmy wyczerpaną Akane w bezpiecznym miejscu i przebiegliśmy do korytarza prowadzącego na tył areny. Nozomi znała dobrze plan stadionu. Gdy dwa razy napotkaliśmy zatkane gruzami przejście, od razu skierowywała nas na nową trasę.
Była zmęczona i przestraszona. Zaciskała szczękę i pięści, a jej pulsującą samotnie chakrę czuć było w promieniu kilkunastu metrów.
Z podniesioną głową starała się nie patrzeć na plamy krwi na ścianach oraz ciała na podłodze.
- Szybciej.
Było to jedyne słowo, jakie powiedziała, i to tylko wtedy, gdy musiałem zwolnić przez kaszel zdający się rozrywać moje płuca od środka.
Przy dudniących odgłosach walki na zewnątrz, dotarliśmy w końcu do zaplecza technicznego stadionu. Nie było w nim nikogo, więc kunoichi od razu wzięła się za szukanie odpowiedniego panelu i kamery.
Podniosłem jedno z przewróconych krzesłem i usiadłem, starając się uspokoić oddech i zebrać w sobie odpowiednią ilość chakry. Dziewczyna mamrotała coś do siebie, przekręcając gałki i pstrykając przełącznikami, które zaraz potem, po krótkim namyśle, przywracała do poprzedniego układu.
- Zamknij się, nie mogę się skupić! - Machnęła ręką w nieokreślonym kierunku, kręcąc głową, jakby próbowała odgonić się od niewidzialnej muchy.
- Wasza więź to obosieczny miecz, jak rozumiem - westchnąłem, dostrzegając przycisk pod napisem “transmisja” i wciskając go bez wiedzy kunoichi.
- Twój brat po prostu zawsze wszystko wie najlepiej, mimo że powinien w tej chwili zająć się miażdżeniem Kazamy i Kabuto, a nie siedzieć mi w głowie i zrzędzić jak stary dziad, że-...
Jej ręka w końcu znalazła odpowiednie ustawienie. Diody na panelu włączyły się razem z dwoma monitorami. Reszta kamer została pewnie zniszczona. Na jednym z ekranów zobaczyliśmy moją twarz. Na drugim dostrzegłem zniszczone wnętrze stadionu, na którym Sasuke walczył z coraz bardziej przerzedzonymi oddziałami wroga.
Głowa kunoichi uniosła się lekko, jej oczy utkwiły martwo w przestrzeni, gdy dawała Sasuke znak. Chłopak zasłonił się przed czyimś jutsu ręką Susanoo, po czym wyskoczył z postaci potwora, wskakując zwinnie na ścianę. Susanoo rozmyło się w powietrzu, zwracając uwagę wszystkich shinobi dookoła.
Paru wojowników uznało to za idealną okazję, może okazanie słabości. Ruszyli za nim. Inni odprowadzili go wzrokiem, widząc w jego zachowaniu pewnie jakąś taktykę czy podstęp, ale czekając na to, co zrobi.
- Dawaj. Działaj, działaj, proszę działaaaj…
Nozomi niemal rąbnęła w przycisk obok kamery, która zaczęła nagrywać. Słyszałem w głośniku swój oddech, jej przekleństwo, ale na ekranie ze stadionu się nie pojawiliśmy.
- Nie przeklinaj Sasuke, kurde no, może-...
Jedno przestawienie pokrętła, nieprzemyślane, na oślep. Trzęsącą się ręką. I wszystko zamarło.
Widziałem swoją sylwetkę wyświetloną na ścianie stadionu. Jedno wytężenie zmysłów i wiedziałem, że w moje oczy wpatruje się teraz ponad trzydzieści osób. Było to ciężkie do zrealizowania, ale musiało się udać.
Spojrzałem do kamery, włączając Mangekyo Shisui’ego.
Kotoamatsukami.
Wiedziałem, co im rozkazuję. Każdemu, kto patrzył. Każdemu, kto oczekiwał. Każdemu zdziwionemu wojownikowi. Każdemu przestraszonemu, wściekłemu. Zmęczonemu. Nierozumiejącemu. Powoli wpadającemu w panikę, gdy połączył fakty, a moją twarz i oczy z imieniem.
To samo uczucie, ten sam cierpki zapach strachu i trzask adrenaliny w chakrze, czułem patrząc na twarz Danzo w sekundzie gdy zrozumiał, kim jestem.
Było po wszystkim. Prawie.
Kątem oka widziałem, jak ramiona Nozomi opadają. Kolana ugięły się pod nią. osunęła się na podłogę, podpierając w ostatniej chwili o kolorowy, brudny panel.
Zebrał się we mnie kolejny kaszel. Siarczysty, powalający. Zakrwawiłem połowę ręki i ekranu. Dudniło mi w uszach. Ledwo oddychałem.
- Musisz się leczyć - stwierdziła kunoichi, nie podnosząc się z ziemi. Uśmiechała się błogo. Jeszcze nie wiedziała, że największy ból w tym momencie sprawiało mi kolejne zbieranie chakry.
Sasuke zniknął z ekranu, gdy rzesze jego wrogów stanęły nieruchomo.
Minęła minuta. Może paręnaście minut. Świat wirował, a migające diody doprowadzały mnie do szału. Mój brat wpadł do pomieszczenia innymi drzwiami niż my.
Był brudniejszy niż wcześniej, mocniej spocony. Jego oczy wylądowały najpierw na mnie, potem na dziewczynie siedzącej na podłodze.
- Coś ci jest? - warknął, podchodząc do niej w kilku krokach i podając jej rękę, jakby był pewien, że powinna natychmiast wstać.
- Tak. Ulga - westchnęła Nozomi, pozwalając się podnieść do pionu. Ich ręce pozostały złączone. - Bardziej martwię się nim - stwierdziła, jakby mnie tam nie było. Miała czelność spojrzeć na mnie ze współczuciem. Jej wolna ręka sięgnęła po mnie.
Wstałem ociężale bez jej pomocy, robiąc chwiejny krok w bok.
Miałem jedno, ostatnie zadanie.
Wszystkie moje mięśnie wrzeszczały z przepracowania. Oczy szczypały. Czułem ciepłą ciecz wylewającą się z nich. Każdy oddech świszczał w moich płucach, które wydawały się dziurawe, niezdolne utrzymać ani grama tlenu.
Mimo to wyciągnąłem rękę z przygotowanym jutsu szybciej, niż Sasuke był w stanie zareagować.
Moje palce musnęły czoło kunoichi ułamek sekundy przed tym, jak silne, chłodne ręce mojego brata zacisnęły się na mojej krtani i odrzuciły mnie w tył, przyciskając do metalowego panelu.
- Nie waż się jej tknąć - wysyczał. Nie wiedziałem, jak wyglądał. Zamknąłem oczy, czując pot spływający po moich skroniach. Moje buty nie dotykały już podłogi. Mimo wszystko jego chakra przeszyła mnie brutalnie. Ostrzegawczo. Przerwa. Pewnie spojrzał na nią. - Coś ty jej zrobił?!
Nie próbowałem mu odpowiedzieć, a mimo to z mojego gardła wydostał się obrzydliwy charkot. Sasuke zabrał rękę w samą porę, bym zdążył obrócić się na bok i wykaszleć na pulpit.
Był przyjemnie chłodny.
- N-nic mi nie jest. Chyba. Daj spokój.
Mogłem już odpuścić. Udało się.
- Czułaś to przecież. Coś zrobił. Było podobne do Kotoamatsukami. - Brunet zwrócił się do mnie, górując nade mną. Widziałem po cieniu. Uniosłem wzrok, wyłączając Sharingana. Jego Mangekyo ponownie świeciło, pełne furii. Chęci mordu. Pod jego skórą tliła się gorąca chakra, gotowa do manifestacji na zewnątrz, do zmaterializowania się w pięść Susanoo i wgniecenia mnie w podłogę. - Jeśli ją też zahipnotyzowałeś... jeśli cokolwiek jej-...
Czułem, że powoli słabnę. Opuszczała mnie świadomość.
Lepsze to niż zawał serca.
- Pomóż mi z nim.
Zostałem poderwany do siadu, co tylko wzburzyło krew w moich płucach, którą bez kontroli nad własnym ciałem wyplułem na podłogę. Ich skóra też była chłodniejsza niż moja, suchsza.
Nic już nie widziałem, pozwoliłem im robić ze mną, co zechcą.
Dwadzieścia minut później byłem w siedzibie Hokage. Nie dano mi zasnąć. Nafaszerowano mnie lekami. Akane ściągnęła pomoc. Czułem gdzieś w pobliżu Kakashi’ego.
Siedziałem na krześle na środku sali. Niczym skazaniec czekający na werdykt. Podczas gdy nie tylko to nie ja przeciwstawiłem się rozkazom, ale i wydałem już dawno wyrok.
Nieroztropna młoda zdrajczyni podała mi chusteczkę, którą wytarłem sobie policzki i zapluty podbródek.
Rzeczywistość powoli materializowała się przed moimi nowymi oczami. Niestety w postaci jej zmartwionej twarzy i potarganego wiatrem i walką warkocza. Odeszła do tyłu.
Moje ciało trzęsło się, reagując nerwowo na każdy bodziec. Z bólu nie potrafiłem skupić się na rozmowach. Słyszałem tylko fragmenty.
- ...liliście stadion?! Odbiło wam?!
- Danzo nie żyje! Taki był wasz plan?! Nie zdajecie sobie spra-...
- ...cywile bezpiecz-... -age zdołaliśmy się obr-...
- ...ni tam robią? Nadal stoją?
Uniosłem powieki, czując po chakrach - a wypruty ze swojej - niepokój i zdziwienie. Pytania. Oczekiwanie.
Odkaszlnąłem w chusteczkę.
- Kotoamatsukami musi mieć rozkaz. - Nie podniosłem wzroku, a mimo to wiedziałem, że wszystkie spojrzenia utkwione są we mnie. Najbardziej parzył wzrok Sasuke. Był nadal pełen złości, energii, dziwnej ekscytacji. Jakby nie mógł się doczekać, by coś mi zrobić. Czekał na jedno złe słowo, pretekst.
Trochę mnie to kusiło. Jednak zasługiwał, by znać sytuację.
- Miałeś im rozkazać bronić wioski, tak jak ustaliliśmy - fuknęła Hokage gdzieś po lewej stronie. Widziałem jej spodnie, brudne od piachu i krwi. Zapewne pomagała ludziom na stadionie, lecząc ich na bieżąco.
- To trochę zbyt ogólny rozkaz, Hokage-sama. Zwłaszcza, jeśli już wierzyli, że to robią, tyle że pod rozkazami Danzo - westchnęła Akane po mojej drugiej stronie. Poczułem jej dłoń na swoim ramieniu, jakby próbowała mnie wesprzeć, utwierdzić. Nie potrzebowałem jej tłumaczeń. Wiedziałem doskonale, co zrobiłem. - Coś poszło nie tak? Przestali się ruszać. To nie jest obrona wioski, Itachi.
- Każdy człowiek rozumie obronę wioski inaczej. Wy, ja, oni, Orochimaru i Dan-... - Przerwał mi kaszel, ostatki nowej porcji krwi. Moje gardło było podrażnione i pełne metalicznego smaku. Dostałem kolejną chusteczkę. Wziąłem głęboki wdech, ocierając usta. - Dałem im rozkaz posłuszeństwa jednej osobie. Tej, która najlepiej ich wykorzysta. Która nie nadużyje władzy i będzie za nich odpowiedzialna.
W pomieszczeniu nastała cisza. Zacząłem składać chusteczki z powrotem do ich pierwotnego kształtu, co było trudne, gdy były zakrwawione i wymięte.
Hokage zaczęła rzucać rozkazami w kierunkach, których nie widziałem.
- Znajdźcie kamień. Uspokójcie ludzi. Sprawdźcie, kogo od Orochimaru przechwyciliśmy. - Odgłos jej obcasów rozsadzał mi bębenki. Gorączka nie schodziła. Wszystko bolało. - Ja w takim razie muszę wrócić na stadion - warknęła. - Rozkażę im zameldować się w bazie Shinzobu. Potem możemy-...
- Tą osobą jest Nozomi.
Ponownie - cisza.
Pozwoliłem sobie na lekki uśmiech.
Spanikowana chakra.
Otarłem palcem resztki krwi z kącika ust, słysząc jej kroki. Dziewczyna przejechała po podłodze na brudnych podeszwach, machając mi łapami przed twarzą. Połowa jej ciała nadal pokryta była zaschniętym, czarnym tuszem. Z jej ogromnych, zielonych oczu kipiała czysta panika.
- CO KURWA TAKIEGO?!
- W sensie… Niko? Nasza Niko? - zaśmiał się nerwowo Hatake.
- Chyba sobie kpisz. - Ten głos należał już do Hokage.
Sasuke nie powiedział nic. Jego chakra osłabła. Ucichła. Nie wbijała się już w mój kręgosłup z nienawiścią.
Nie rozumiał. Nikt nie rozumiał. Nie obchodziło mnie to.
Wstałem ociężale z krzesła, spod ciężkich powiek patrząc w dół na Nozomi. Jej mina była bezcenna. Oczy ogromne, przerażone. Warga trzęsąca się.
Szukała odpowiedzi. Już widziałem przytłaczającą ją odpowiedzialność.
I dobrze.
- Kazałaś oszczędzić ich życie, a potem podstępem zabiłaś im przywódcę. Całkowicie przywłaszczyłaś sobie prawo do decydowania o ich losie. Są twoi.
Odwróciłem się na pięcie, ignorując mdłości, i ruszyłem do wyjścia.
- Ale ja nie chcę nimi dowodzić! Dlaczego ja? Dlaczego nie Sasuke?!
Nikt nie próbował mnie zatrzymać.
- Ja zabiłam Danzo i cię okłamałam, a ty mi dajesz armię?! Oszalałeś?! Itachi? ITACHI!
Wzrok Sasuke był ciężki. Nasze oczy spotkały się na sekundę przed tym, gdy opuściłem pokój, w którym zawrzały nowe rozmowy i pytania. Nie wyglądał, jakbyśmy widzieli się ostatni raz. A przecież było to niemal pewne.
Nic więcej nie mogłem zrobić. Nie planowałem niczego poza tym momentem. Nie wiedziałem, co dalej. Nigdy o tym nie myślałem. Nie spodziewałem się tej sytuacji. Potrzebowałem spokoju. Teraz, gdy było po wszystkim, gdy wykonałem swoje zadanie, czułem tę potrzebę jeszcze mocniej.
Czułem się... dziwnie.
Ostatkiem sił przybrałem postać losowego przechodnia, ukrywając siebie i mój stan przed wzrokiem cywili. Gdy wyszedłem z budynku, moje buty zostawiały już ślady w cienkiej warstwie świeżego śniegu. Biel prószyła dookoła w najlepsze, zasypując je na bieżąco.
Znamienne. Odpowiednie. Nie zamierzałem bowiem zostawiać stałych zmian. Wioska należała do tego, co czyste i świeże.
Moja kara dla Nozomi nie była tylko tym: adekwatną nauczką. Była logicznym rozwiązaniem. Pozwalającym na zakończenie konfliktu raz na zawsze. Uniknięcie kolejnych sporów wynikających z tego, że ludzie Danzo będą próbowali go pomścić lub kontynuować jego dzieło. Oddanie Korzenia tej jednej dziewczynie pozwalało również na uniknięcie kumulacji władzy w jednym ręku: wybuchowej Hokage, Shinzobu lub kolejnych, nieznanych mi jeszcze władców. Nie zawsze mądrych.
Była inwestycją. Zapewnieniem stabilności. Pokoju. I dalszego wypełniania moich planów.
Moim celem była bezpieczna wioska bez tajemnic i wykorzystywania niewinnych narzędzi. Okrucieństwa. Niepotrzebnych śmierci i poświęceń. Nozomi jako jedyna z całego mojego otoczenia wstawiła się za życiem swoich wrogów. Chciała minimalizować straty, zażegnać spór najmniejszym kosztem. Odkąd wróciłem do Konohy, nawiązywała kontakty, licytowała się, planowała, błagała, knuła i kłamała, ale do końca wierzyła, że robi to dla dobra ogółu.
Wzięła na siebie odpowiedzialność i robiła to, co najlepsze dla Wioski. I Sasuke.
I to chyba przeważyło. Nie mogłem się oszukiwać.
Korzeń w ręku Sasuke byłby bezwzględną maszyną służącą wiosce, wykonującą najgorsze, najbrudniejsze i najokrutniejsze misje. Mój brat miał w głębokim poważaniu czystość Konohy, sprawiedliwość, dobro, bezpieczeństwo cywili... i co ciekawe - własne zdrowie i życie. Był niecierpliwy, impulsywny, arogancki i egoistyczny.
I zakochany. I głupi.
W ręku Nozomi nowy Korzeń był narzędziem do ochrony Sasuke. Bo był to przecież główny cel jej żałosnego życia. Była jedyną osobą poza mną, dla której bezpieczeństwo mojego brata stało ponad jej własnym, Wioską i całym Korzeniem.
Była jedyną osobą, która nie chciała takiej odpowiedzialności. Chciała jedynie ratować tych ludzi. Było w niej tyle empatii, że miałem pewność, że pod jej dowództwem nie spotka ich nic okrutnego. Że nie wykorzysta ich mocy do własnych, egoistycznych celów. Hokage, Rada, Shinzobu i jounini tacy jak Morino czy Yamanaka zrobiliby z nich szwadron śmierci do brudnych prac, po których nikt nie udowowdniłby im wydanych rozkazów.
Ponadto młoda, naiwna Nozomi była z tą grupą bezpieczna. Nie mogła być kolejnym anonimowym narzędziem wypranym z uczuć i odrzuconym w kąt. Nie mogła być zagrożona. Shinzobu musiało się z nią liczyć, zwłaszcza po tym wszystkim, co dla nich zrobiła.
Nie miała się też czego obawiać ze strony Sasuke. Nie wyrównywało to balansu sił i potencjału między nimi, jedynie dawało jej podporę. Zapewnienie. Kartę przetargową. Większą możliwość wpływania na niego, gdyby zboczył z odpowiedniej drogi.
Nie mogłem postąpić inaczej.
Dzielnica klanu Uchiha powitała mnie grobową ciszą. Śnieg padał dalej, a wzmagający wiatr świszczał pod zniszczonym dachem świątyni Nakano.
Zapaliłem świece.

Mija tak z dwadzieścia godzin.
Budzę się... przygnieciona kamieniem.
Po kilku oddechach i mrugnięciach, ciężar na moim ciele przybiera formę pogrążonego we śnie Sasuke. Jest opleciony wokół mnie jak ośmiornica, z głową wciśniętą w mój biust, rękami wokół talii i nogami plączącymi się z moimi własnymi i kołdrą.
Jego chakra nadal uwalnia się spod jego kontroli, gdy śpi. Jest trochę inna, niż kiedyś, pozostawia na czubku mojego języka nieco ostrzejszą iskrę, gdy próbuję ją odczytać. Jest też chłodniejsza i dojrzalsza. Jakby do dziewięćdziesięciu-dziewięciu procent jego starego nastroju ktoś dodał jeden procent Itachi’ego.
Myśl o jego starszym bracie budzi mnie na dobre. Samo wspomnienie o tym, co mi zrobił, wystarczy, by znowu się we mnie gotowało. Jestem naprawdę wkurzona.
Miałam nadzieję, że po tym wszystkim będę mogła odpocząć, że trochę się zrelaksuję, wrócę do misji i treningów, spędzę czas z młodszym Uchihą. Ale nie. Oczywiście, że nie. Itachi postanowił zemścić się za zabicie Danzo zrobieniem ze mnie… cóż. Nowego Danzo.
Hokage też jest wściekła. Rada - w rozsypce. Shinzobu pluje jadem, nie ufając mi. Itachi zniknął z radaru. Wszyscy mówią tylko o zniszczonym stadionie.
Nie mam na to wszystko siły. Nie na to się pisałam.
Wzdycham głęboko, wtulając nos w rozwichrzone włosy Sasuke. Pachną brzoskwiniami. Mieszkamy razem ponad tydzień, a ja co rusz zapominam kupić mu męski szampon, przez co używa mojego. To w sumie urocze.
Spod dzikiej czupryny dobiega niski pomruk, mimo braku treści jakimś cudem zawierający na końcu znak zapytania. Chłopak przeciąga się leniwie, jak ogromna pantera, wyginając grzbiet i wyciągając nogi, a przy tym ściskając mnie jeszcze mocniej.
Nasza więź mówi mi, czego był ciekawy.
- Nienawidzę twojego brata - odpowiadam na niewerbalne pytanie, bo to przecież on powoduje u mnie ataki wzdechnięć.
- W końcu. Witaj w klubie - odpowiada mi sterta sztywnych kudłów. Czuję ciepły oddech przez cienki materiał na dekolcie. - Trzeba było mu to powiedzieć, jak miałaś okazję. Teraz jesteś w dupie.
To prawda. I to na wiele sposobów. Nie tylko spadł na mnie obowiązek pełnienia funkcji, o którą nie prosiłam. Wciąż nurtuje mnie jutsu, którego użył na mnie Itachi, zanim stracił przytomność. Nie czuję się inaczej, nie mam na czole żadnego znaku, a mimo to mogę przysiąc, że coś we mnie zapieczętował. Z jednej strony chyba nie chcę wiedzieć, co. Z drugiej… doprowadza mnie to do szału. Kami. Z tego co wiem, mogę mieć w głowie tykającą bombę. Bo Itachi może równie dobrze nienawidzić teraz mnie.
Fantastycznie.
Przeczesuję kruczoczarne włosy palcami. Kątem oka zerkam na zegar na ścianie. Wpół do dziesiątej. Jesteśmy wezwani do Shinzobu dopiero na wieczór, gdy wszyscy ochłoną i zdecydują, co ze mną zrobić. Sasuke oczywiście idzie ze mną, by na nich powarczeć.
Czuję, jak jego mięśnie prężą się przez chwilę, a potem relaksują. Musi być zmęczony po używaniu Mangekyo. Możemy jeszcze trochę pospać.
Pukanie do drzwi. Wzdycham głęboko, nie ruszając się z miejsca.
- Idź otwórz - mówi do mnie czupryna.
- Czemu ja? - prycham.
- Hn. To twoi znajomi.
- Skąd taka pewność?
Ciało Uchihy ponownie wygina się. Jego twarz przesuwa się do góry, wciska się w moją szyję. Czuję na sobie leniwy ruch jego warg.
- Bo właśnie dlatego nie mam znajomych. - Przewracam oczami. Też coś. - A jeśli jakichś mam, to nikt z nich nie puka - prostuje brunet, wysuwając ślamazarnie ręce spod mojej koszulki.
To prawda. Kakashi wlazłby do środka przez balkon, Akane nie przyszłaby w ogóle… a Naruto i reszta nie wiedzą nawet, gdzie go szukać. Bardzo wygodne.
Kolejne pukanie, tym razem wesoło rytmiczne, ponagla mnie do wstania z łóżka.
Sasuke ma czelność przeciągnąć się ponownie, podrapać po karku i odwrócić na drugi bok bez otwierania oczu.
Wsuwam na siebie porzucone koło łóżka spodnie i maszeruję boso do wejścia. Dopiero po kilku krokach wykonanych bez osłony kołdry i ludzkiego grzejnika, orientuję się, jak przerażająco zimno zrobiło się w mieszkaniu.
Pamiętałam o zapłaceniu rachunków? Woda jest, a ogrzewanie? Nie wiem.
Otwieram drzwi z zaciśniętymi w irytacji zębami.
- Ha! Mówiłem, że żyje.
Zanim zdążam odpowiedzieć Kiro, że jakiś czas temu przecież widział mnie całkiem żywą w gabinecie Hokage, mam w ramionach nieco wyższą od siebie, rozemocjonowaną kunoichi.
- Niko!
- Um…
- Jak dobrze, że nic ci nie jest! Kiro opowiedział mi, co się stało. To znaczy większość. Był dziwnie tajemniczy. Widziałam stadion! Kami! Wiesz, co by się stało, gdyby był tam mój ojciec?!
Z trudem odklejam od siebie wyrzucającą z siebie kolejne zdania Megumi. Kątem oka widzę, jak Kiro prześlizguje się obok nas, by ukradkiem zajrzeć do sypialni. Zaraz za nim, na pierwszy rzut oka za pan brat z byciem ignorowaną, stąpa delikatnie Yochi. Jej sierść wydaje się jaśniejsza, niż kiedy widziałam ją po raz ostatni. Może to blade światło? Na zewnątrz leży już pewnie z metr śniegu.
Blondyn uśmiecha się na widok zakopanego pod kołdrą Sasuke.
- Dziękuję ci za ostrzeżenie, Niko. Naprawdę. - Megumi zwraca po raz kolejny na siebie moją uwagę, nie puszczając moich ramion. Nie jest to miłe uczucie, jej płaszcz jest zimny i lekko wilgotny. - Mój ojciec ma chore kolana. Nie uciekłby na czas. Zraniliby go. Lub gorzej. - Na serio jest roztrzęsiona. Jej oczy są ogromne i przejęte. - Wiesz, że jestem jedynaczką. Kami. Musiałabym prowadzić klan. To jakieś dwadzieścia osób. Ogromna odpowiedzialność. Nie jestem na to gotowa.
- Oj taaak. Odpowiedzialność jest fuj. Okropna. Złaaa - jęczy sarkastycznie Kiro, patrząc na mnie wymownie. Piorunuję go spojrzeniem. Chłopak wydaje się tego nie widzieć. - Kto chce herbaty?
- Nie ma czasu na herbatę - odzywa się Yochi, patrząc na mnie z dołu. Ma poważną minę. I też zerka w kierunku sypialni.
- Coś się stało? Saturn coś znowu przeskrobała? - zgaduję, przyglądając się jej dokładniej. Naprawdę jest blada. I jakby… mniejsza. Słabsza. Nie wyczuwam jej chakry. A zawsze miała jej sporo. - Dobrze się czujesz?
- To tylko starość, Niko. Nawet summony mają swój cykl życia - wzdycha kotka, zamiatając ogonem, jakby próbowała odpędzić się od krępujących ją pytań. - Obudź Sasuke. Muszę z nim porozmawiać.
- Robi się! - raduje się Kiro, wskakując do pokoju i znikając mi z oczu.
Przełykam ślinę. Natychmiast pojawia się we mnie niepokój. Ostatni raz, gdy Yochi miała tak poważny ton, rozmawiałyśmy o misji u boku Itachi’ego. Wtedy Sasuke nas nakrył. Jeszcze wcześniej przewidziała moją śmierć i próbowała mnie od niej uratować. Czy to znowu była taka sytuacja? Zobaczyła coś niepokojącego w jednej z możliwych rzeczywistości? Czy miało to coś wspólnego z Korzeniem? Moją niekompetencją? Porażką? Śmiercią? Znowu?
Nic się nie dzieje przez dobre dwie minuty. We trzy patrzymy kolejno na siebie w ciszy. Nie słyszę nic z sypialni. Wzdycham, idąc zobaczyć, co zajmuje Kiro tak długo.
Zastaję go kucającego przy burzy czarnych włosów wystających spod kołdry, po których przesuwa delikatnie palcami. Na jego twarzy widnieje ośli zachwyt.
- Miałeś go obudzić, nie podziwiać.
- Ale on jest taki piękny! - protestuje blondyn, nie odrywając ani wzroku, ani ręki od nieprzytomnego Uchihy. - Jak ty możesz go nie głaskać cały dzień!
Powstrzymuję się przed napomknięciem, że gdyby Sasuke nie był zmęczony, prawdopodobnie odgryzłby dłoń każdemu, kto śmiałby go dotknąć w tak poufały sposób. Poza tym to nie on teraz potrzebuje czułości i pocieszania, a ja. Odrobina podziwu też by się przydała. A zamiast tego mam bandę nieproszonych gości i rozmowy, które - jak zawsze - schodzą na Cudownego Pana Mroku.
- Dobrze mówi - wzdycha zachrypniętym od snu głosem Sasuke. Unoszę brew. - Mogę z sierściuchem rozmawiać z łóżka.
- W ogóle wszyscy wpakujmy się do łóżka - proponuje Kiro z niewinnym uśmiechem. Jego oczy już rozglądają się po materacu, kalkulując ilość miejsca. Nie wiem, czy liczy też Yochi. - Zróbmy pyjama-party. I gorącą czekoladę. Na dworzu jest tak wstrętnie…
- I będzie jeszcze gorzej. Nadchodzą prawdziwe mrozy - oświadcza summon, również wchodząc do sypialni. Zaczyna się tu robić naprawdę tłoczno.
Sasuke nawet nie otwiera oczu. Nie wita gości. Nie protestuje też, gdy Kiro pomału wznawia przeczesywanie jego włosów.
Obaj robią mi na złość. Tak, myśli Sasuke to potwierdzają. Palant.
- Yochi. Nasza prywatna prognoza pogody - anonsuje Megumi, bezceremonialnie siadając po mojej stronie materaca i rozglądając się po pokoju. - Długo on tak będzie spał? - Wskazuje na górę kołdry podbródkiem. Dziwię się, że zbliżyła się do Uchihy na tak mały dystans. Normalnie byłaby przerażona. Lub obrzydzona. - Miałam w planach podziękować ci wystawnym obiadem.
O. No, to brzmi już lepiej.
- Mamy czas do wieczora, bardzo chętnie - uśmiecham się, zadowolona, że choć dzisiaj odpocznę od gotowania i latania po zakupy. Mam straszną ochotę na sukiyaki. Albo nie, udon. Sasuke wtrąca się w potok smaków przechodzących mi przez głowę, wciskając swoją ochotę na yakitori. No w sumie może być.
- Przyjemności na bok. Sasuke-kun - warczy władczo Yochi, omijając łóżko i odpychając swoim ciałem Kiro, by stanąć tuż przed leżącym nieruchomo chłopakiem. - Mam dla ciebie informację na temat… właściwie to instrukcję - prostuje, mrużąc oczy, gdy jej rozmówca ją ignoruje. Jej pysk zbliża się do jego twarzy. Z doświadczenia wiem, że jest zimny. I mokry.
Sasuke prycha, wycierając się ręką. Odwraca się do niej plecami.
- Hn. Jeśli dotyczy ona tego fiuta, to nie chcę jej słyszeć. - Kiro widocznie się ożywia na wybrane przez bruneta przekleństwo. Sam Sasuke natomiast zakopuje się głębiej pod pierzyną. Naprawdę jest uroczy. Tak jakby.
Koncentruję się mocno, by nie wysłać mu tej myśli.
            Zza jego ramienia ogromny kot posyła mi porozumiewawcze spojrzenie. Mówi ono ni mniej, ni więcej: “jak ty z nim wytrzymujesz?”. Wzruszam ramionami, łapiąc też kontakt wzrokowy ze znudzoną Megumi, która nie wcina się w konwersację, mimo że jej nie rozumie.
- Uznaj to w takim razie za oddanie mi przysługi. Nauczyłam cię leczyć rany, możesz mnie w zamian wysłuchać. - Yochi nie poddaje się, podpierając się o materac na przednich łapach, by mówić wprost do ucha zirytowanego shinobi.
Z jego strony pada zrezygnowane burknięcie.
Kiwam do niej na znak, że to oznacza oburzoną zgodę.
- Widziałam wiele przyszłości twoich i Niko. Są różne, jak zawsze, ale o wiele mniej przepełnione niebezpieczeństwami i smutkiem, niż jeszcze parę dni temu. Spisaliście się oboje na medal.
- Wiadomo. - Na - przynajmniej do tej pory - znudzonej twarzy Uchihy, skoncentrowanej jedynie na ignorowaniu nas, pojawia się niewielki, zarozumiały uśmieszek.
- Problem w tym, że mogłoby być jeszcze lepiej. Chyba tego chcesz? - Summon przechyla głowę, mimo że Sasuke tego nie widzi. Dobrze go rozgrywa. Proszę go w myślach, by dał jej szansę. Yochi nigdy nas nie zawiodła. - Ale by to osiągnąć, powinieneś ostatecznie zmierzyć się z - jak to ująłeś - tym fiutem, zanim będzie za późno. Wkrótce okazja przepadnie, a decyzja przez niego podjęta będzie nie do zmiany.
Decyzja nie do zmiany? Zmierzenie się? Jestem za. Musimy znaleźć Itachi’ego i nabluzgać mu tak, by zrozumiał, że nie nadaję się na miejsce, które mi narzucił. I że śmierć jest zła. Zostawanie w wiosce - dobre. Leczenie się - super. Nie bycie narzucającym mi odpowiedzialne stanowiska gnojkiem - jeszcze lepsze.
- Gdzie go znajdziemy?
- Za dwadzieścia dni, o północy, będzie na ścieżce przed zachodnią bramą. - Kot ponownie zwraca się do naleśnika kołdrowego w postaci jednego z najsilniejszych shinobi Konohy. - Spotkasz go tam. Sam. Albo nie zobaczysz go już nigdy.
- Kuszące.
- Sasuke - warczę, piorunując go wzrokiem. I myślami. Oba nie są zauważone, więc kopię lekko kołdrowy rulon. - Musisz iść. Nie zostawimy tego tak.
- Zakład?
- Sasuke - powtarzam głośniej, kopiąc mocniej. Moje myśli atakują jego barierę. Widzę, jak marszczy nos pod napływem moich sugestii.
- Nie wiem, o co chodzi, ale możecie się o to równie dobrze kłócić przy obiedzie - wzdycha Megumi, odsuwając się od Uchihy, który przez swoje unikowe manewry zbliżył się do niej na niepokojącą odległość jednego metra. Mamy naprawdę nieduże łóżko. Powinniśmy pomyśleć o zmianie lokum. Znowu. - Nie będziemy wam z Kiro dalej przeszkadzać, mamy trening. Odbierz nas z pola dziewiątego, gdy już go pobijesz. Ustalimy, gdzie chcemy iść.
- Jeśli jeszcze będzie umiał chodzić - zastrzegam, mierząc Sasuke rozczarowanym spojrzeniem. Spomiędzy pasm jego grzywki spogląda na mnie czarne, zaspane oko. Nie ma w nim ani krzty poczucia winy.
Nie pozwolę, by jego duma uniemożliwia mi normalne funkcjonowanie. Muszę raz na zawsze upewnić się, że Itachi nie zabije ani mnie, ani siebie jakiś durny sposób, wpychając swojego brata w wir niekończącej się depresji i poczucia winy. A tak by się stało, jak bardzo Sasuke próbował udawać, że Itachi go nie obchodzi.
Nadal był nim przejęty. Nadal go ciekawiło, co Itachi ukrywa. Jaki jest. Czemu zrobił to, co zrobił. Co dalej zamierza. Co wie. Co potrafi. Czego może go nauczyć. Czy kiedyś się zmieni.
Wiem, że myśli o nim cały czas. Cholera, sama siedzę w jego myślach i snach. Jest to jasne jak słońce. A mimo to jest zbyt uparty, aby stanąć z odpowiedziami na te pytania twarzą w twarz i zaakceptować je takimi, jakie są. Nie zawsze idealnymi czy łatwymi.
Itachi jest trudnym człowiekiem. Ale nie dalibyśmy rady bez niego. Nie tylko my, ale i cała Wioska. Należy mu się druga szansa.
Yochi wzdycha, mruga do mnie porozumiewawczo i bez ostrzeżenia znika w kłębie dymu. Odprowadzam Kiro i Megumi do wyjścia, ustalając godzinę spotkania.
W zimnym mieszkaniu ponownie zapada cisza.
- Pójdziesz tam. Choćby z czystej ciekawości. Nie udawaj. Marnujesz tylko czas - mruczę, wracając do sypialni i wsuwając się z powrotem pod kołdrę. Mamy nadal sporo czasu. O treningu nie ma mowy.
Sasuke doskonale wie, gdzie się znajduję. Przyciąga mnie do siebie, ponownie używając mnie jako poduszki. Jest cudownie ciepły.
Przez chwilę myśli nad czymś intensywnie. Nie rusza się, kalkulując. Mimo zapytania, nie odpowiada mi żadna konkretna myśl, jakby zupełnie mnie odciął dla własnej prywatności.
Nie wiem czemu, ale nagle moje serce zaczyna bić szybciej. Instynktownie. Nie z powodu braku kontaktu myślowego, a jedynie zmianie w jego chakrze na cieplejszą. Podekscytowaną. Jakby coś uknuł lub postanowił.
- Dobrze - odpowiada mi jego ponownie senny głos. - Ale pod jednym warunkiem.


            Dwadzieścia dni później czekałem na niego we wskazanym miejscu. Wioska była cicha i wyludniona. W drodze z mieszkania Niko minąłem może cztery osoby, w tym dwóch wracających z imprez nastolatków. Śnieg nie padał od dwóch dni, choć było mroźno i ponuro. Na ziemi leżała brunatna breja.
            Doskonałe warunki do katharsis. Nie ma co.
            Nie wiedziałem, co teraz będzie. Niko nie miała wyboru i została przymuszona do wydawania rozkazów byłemu Korzeniowi. Byłemu, bo odcięła się od tej nazwy i hierarchii, znajdując dla nich nową nazwę i zajęcia. Zdrajcom pochodzącym z Konohy nakazała powrót do normalnego życia - do swoich rodzin, przyjaciół, mieszkań. Udawanie, że nic się nie stało, utrzymywanie tajemnicy. Nie nakładała na nich pieczęci na miejsce tej, która zniknęła po śmierci Danzo. Po prostu patrzyła im w oczy i rozkazywała, a oni słuchali jak wytresowane psy. Wystarczyło, by regularnie meldowali się u niej w bazie Shinzobu, a byli praktycznie wolni.
            Paru z nich, w tym Sai, pokazywało swój prawdziwy charakterek. To paradoksalnie podtrzymywało ją na duchu. Bała się, że jutsu Itachi’ego wypierze ich umysły z emocji, robiąc z nich bezduszne lalki. Nic takiego się nie stało. Nadal byli sobą, ograniczeni jedynie zakazami i nakazami Niko oraz Kotoamatsukami, którego użył mój brat-idiota.
            Ludzie Orochimaru dostali kwatery pod ziemią. Nie było co z nimi zrobić. Wyprowadzenie nagle około dwudziestu dziwacznie wyglądających obcych na teren Konohy wzbudziłoby panikę. Zaprzęgnięto ich do różnych czynności - archiwizacji danych, lekkiej pracy fizycznej w magazynach, pomocy w laboratoriach. Badano ich, ale traktowano humanitarnie. Niko upomniała się o ich bezpieczeństwo i nikt z Shinozbu nie kłócił się z nią zbyt długo, prawdopodobnie wierząc, że ma Itachi’ego po swojej stronie, a każde przeciwstawienie się jej słowom sprowadzi na danego członka jego bezlitosną furię.
            Prawda była taka, że Niko była równie zdezorientowana i sfrustrowana, co oni. Próbowała nawiązać kontakt ze swoimi podwładnymi, poznać ich dobre i złe strony, stworzyć z nich zgraną drużynę. Jednak większość ludzi z Oto-gakure była jak dzikie zwierzęta odrzucające jej miłosierdzie.
            Mówiłem jej, że trzy tygodnie nie wystarczą na cud i by się do nich nie przyzwyczaiła. Ich czas i tak był pożyczony, bo w każdym innym wypadku - bez niej i Itachi’ego - zginęliby na stadionie. Jak nie z mojej ręki, to Kakashi’ego lub Kiro. Niko upierała się wtedy, że właśnie to był sygnał, że skoro tak diametralnie da się oszukać czyjeś przeznaczenie, to nakłonienie go do dobrowolnej współpracy powinno być jedynie formalnością.
            Westchnąłem ciężko. Nijak się w tym nie odnajdywałem. Niko ponownie była w wirze tego wszystkiego, mną nikt się nie interesował. Nie byłem nieprzewidywalny jak Itachi. Nie ja rozdawałem karty. Nie miałem już w oczach mocy zmuszania ludzi do robienia tego, co chcę. Od razu uznano, że jestem zaprzęgnięty do jej oddziału i sam słucham jej poleceń jak pies.
           Nie pasowało mi to. Nie pasowało mi, że ponownie nie miałem na nic wpływu. Niko nie miała dla mnie czasu. Wioska mnie irytowała. Kakashi i Akane planowali wspólny wyjazd. Kiro i Neji zniknęli na wspólnej misji. Hokage wyżywała się na mnie za wszystko, co robił mój brat i dziewczyna.
            Naruto i Sakura mieli własne życia.
            Nie byłem nikomu potrzebny. I w dziwny sposób nie chciałem być.
            Może odejście z wioski nie było tak złym rozwiązaniem? Dusiłem się tu, ponownie odrzucony na bok przez dziecinną politykę i martwienie się o zdradzieckie mięso armatnie. O ludzi, którzy sami zgodzili się być narzędziami do walki.
            Prawdziwy wróg czyhał za to poza wioską. Knuł i planował zemstę. I chyba wolałbym być w tym momencie w środku starcia z nim, niż w tym dziwnym zawieszeniu, na durnym drzewie, paląc durnego papierosa i udając, że interesuje mnie mój durny brat.
            Jego sylwetka odcinała się wyraźnie w bladym świetle latarnii. Miał wszystko dokładnie wyliczone. Nie było tu patroli Anbu, a strażnicy przy bramie i na murze mieli właśnie zmianę warty. O północy i tak ich czujność była minimalna. Pieprzone lenie.
            Więc było tak, jak podejrzewałem. Naprawdę zamierzał uciec. Tchórz.
            Zgasiłem papierosa na korze drzewa, zeskakując na kamienistą ścieżkę. Jego kroki minimalnie zwolniły.
            Przez parę chwil żaden z nas nic nie mówił. Itachi zbliżył się do mnie, patrząc na mnie uważnie, bez żadnych emocji na twarzy.
            W jego postawie widać było silne postanowienie, pewność siebie. Znowu miał coś do roboty poza wioską, znowu ratowanie świata w cieniu, przed demonami, o których nikt nie miał pojęcia, zawsze sam, zawsze bohater, zawsze jego na wierzchu.
- Wybierasz się gdzieś? - spytałem cynicznie, zerkając na odcinający się za moimi plecami zarys bramy.
- Tak. I nie powstrzymasz mnie.
- Hn. Nie zamierzam, nie przeceniaj się.
I serio nie zamierzałem. Miałem w dupie, co zrobi ze swoim życiem. Czy znowu zachoruje, czy zginie, czy ucieka, czy nie, czy wróci, czy nie. Przejmowałem się tylko sobą. Nie wiedziałem, co ja sam zrobię za tydzień czy dwa. Nie wiedziałem, czy Konoha, o którą tak zacięcie walczył, mnie satysfakcjonowała. Czy była dla mnie dobrym miejscem.
Oddał za nią swoje życie, moją i Niko wolność, całą nasza rodzinę. I po co? By stworzyć iluzję pokoju? Zmusić ludzi do bawienia się w dom? Resztę zabić? Od kiedy to miał przepis na szczęście dla całej Wioski? I skąd wiedział, że to on sam ma zawsze rację? Może to Danzo wiedział więcej od nas i od Hokage, a jego plan miał ręce i nogi.
Ponownie czułem się jak wyrzutek. Itachi po powrocie do Wioski, mimo bycia przestępcą, wślizgnął się w jej struktury niemal natychmiast. Od razu był otoczony ludźmi, szanowany, słuchany. Miał wszystko pod kontrolą. Miał moc podejmowania decyzji i ryzyka, manipulowania ludźmi, zmieniania historii. Na swoją i moją korzyść. Nieprzewidywalnie. Nie do negocjacji.
Tego właśnie chciałem. Chciałem być ogniwem wioski. Spoiwem, ale niezależnym. Czymś, bez czego Wioska by się zawaliła, ale kimś, kto nie potrzebował jej na co dzień.
Jedyne, czego musiałem być przy tym pewien, to Niko. Dlatego ją sobie zarezerwowałem. Reszta stała pod znakiem zapytania.  Nieważne było, jak dzisiejsza noc się skończy. Czułem w trzewiach, że to koniec jakiejś ery. Za nim stał nowy początek.
- W takim razie co tu robisz? - Widziałem doskonale, że nie spodziewał się mnie zobaczyć. Pewnie zachodził w głowę, jak go znalazłem. Nie miało to znaczenia. Choć było to ironiczne, że ostatecznie zdradził go summon.
- Niko kazała ci przekazać, że jesteś bezczelnym gnojem. - Mimo półmroku wiedziałem, że coś w jego twarzy się poruszyło. Sięgnąłem do kieszeni, podając mu pomiętą kartkę. - I to.
Shinobi po trzech sekundach wahania wyciągnął dłoń po list, uważając, by nasze palce się nie zetknęły. Spojrzał na nią sceptycznie.
- Mam się bać? - zakpił płaskim tonem.
- Nie wiem, nie czytałem. - I to akurat była prawda. Ufałem Niko. Miała prawo się pożegnać na swój sposób, opieprzyć go własnymi słowami, upomnieć się, by wrócił. Nie była to moja sprawa. Nie obchodziło mnie to. Serio.
Dla mnie wrócił o jeden raz za dużo. Raz na zawsze przypomniał mi, pokazał, jak wąskie miałem horyzonty i że każdy, nawet najbliższa mi osoba, jest w stanie mnie okłamywać i prowadzić ze swoim życiem niebezpieczną grę tuż pod moim nosem.
Z całych sił próbowałem wysnuć wnioski ze wszystkiego, co robił, a mimo to nie potrafiłem zamknąć swoich postanowień w jakiekolwiek stałe ramy.
Itachi ze spokojem otworzył kartkę z krótką, zgrabnie nakreśloną wiadomością. Zamrugał, czytając ją uważnie. Jego wzrok utknął w niej jednak o wiele za długo. Jakby nie wierzył w to, co właśnie przeczytał.
- To… - Złożył kartkę na pół. - ... najbardziej bezczelny list, jaki w życiu otrzymałem.
Cóż. Nigdy nie otrzymał listu ode mnie.
Itachi spojrzał na mnie ponownie, z dziwną iskrą w oku. Po jego nowych oczach nie widać już było wycieńczenia. Miał nowe ubrania i torbę. Brał ze sobą w podróż pewnie masę leków od Hokage. Mimo pogody, ani razu nie kaszlnął. Wyglądał… dobrze. Stał prosto, nie był już taki blady.
Nie to, że mnie to obchodziło. Cholera.
Wszystko, w co do tej pory wierzyłem, było iluzją. Miał rację. Jeśli chciałem pozbyć się tej ciągłej frustracji, wściekłości na wszystkich i wszystko dookoła, a także na to, co mnie spotykało, nie mogłem dalej dać sobą pogrywać. Musiałem zacząć sam rozdawać karty. Przejąć kontrolę. Żyć własnym życiem. Stworzyć coś, czego nikt nie mógł mi odebrać.
Rozsądek zabrał mi możliwość zemsty. Chyba nadszedł czas, by oddał mi coś innego. Powołanie. Powód do życia. Cel.
Itachi bez słowa oddał mi kartkę, po raz kolejny patrząc na moją twarz z dziwnym zaciekawieniem. Czytanie go było coraz łatwiejsze. Nie wiem, co Niko widziała w tym takiego trudnego.
- Mam jej coś przekazać?
- Że się postaram. Nic więcej nie mogę obiecać - westchnął, patrząc na bramę. Zmiana warty się skończyła. Ktoś chyba pokrzyżował mu plany. No cóż.
- Jeśli to wszystko, możesz spadać. - Machnąłem ręką. To było na tyle. Mógł zniknąć, zginąć, odejść, spieprzyć jak tchórz od wioski i brata, których uratował. Widać było, że nie umiał wytrzymać w miejscu, które niby tak kochał i chronił. Kształtował, nawet.
Pieprzony hipokryta.
Zrobił parę kroków, mijając mnie sztywno. Odwrócił się jednak po chwili, gdy stał już w mroku. Ponownie stał się ciemną plamą, w której nie odznaczały się nawet oczy.
- Przekaż też… Niko, że moje jutsu jest szersze, niż się jej wydaje. Czy tego chce czy nie, wkrótce zostanie powierzona jej cała jednostka. A ci ludzie będą żyli krócej, niż ona - mruknął apatycznie. - Jeśli zajdzie taka potrzeba, niech wcieli kolejnych ludzi do tej grupy. Jeśli przysięgną jej posłuszeństwo, Kotoamatsukami potraktuje ich tak, jak Korzeń i resztę.
A więc to tak. To był jego plan. Jej rozkazy stawały się rzeczywistością nie dlatego, że Itachi ich zahipnotyzował, wskazując na nią. Zapieczętował możliwość wydawania rozkazów podwładnym w jej ciele. Całe Kotoamatsukami.
Jak długo to planował? Czego oczekiwał od nowej jednostki? Czemu wybrał akurat Niko? Nie było w niej nic szczególnego, żadnego kekkei genkai, tajnej wiedzy ani specjalnej wytrzymałości. Mogła zginąć w każdym momencie. Miała ku temu wiele okazji. Była słaba. Słabsza niż wielu innych shinobi.
Czy naprawdę wierzył, że bez tego Wioska nie da sobie rady? Że Hokage, Rada, Shinzobu i Anbu potrzebują kolejnego gracza przy stole? Czemu nie powołał do tego Kakashi’ego lub Akane?
I poza tym - skoro był pogodzony ze swoją śmiercią, a nawet straceniem oczu, czemu oddał mi swoje Sharingany, a nie Shisui’ego?
Naprawdę miał mnie za tępego śmiecia. Uważał, że nie jestem wystarczająco odpowiedzialny, by władać Kotoamatsukami. Wolał je zniszczyć, niż zostawić je w moich lub Danzo rękach. Większą wiarę niż we mnie, pokładał w Niko, mimo że go zdradziła.
Dupek.
Nie chciałem być taki, jak on. Nie chciałem palić za sobą mostów i całe życie rozpamiętywać brutalne decyzje, które podjąłem. Nie chciałem też ślepo stąpać po ścieżce, jaką mi wyznaczył, wtrącając się bez pytania w moje życie. Wiedziałem już za dużo, by tańczyć, jak mi zagra.
Czego ode mnie oczekiwał? Że będę grzecznie siedzieć w miejscu, zabawiać się codziennymi problemami durnego społeczeństwa, które on rozwiązałby pstryknięciem palcami? Że poświęcę życie broniąc Konohy, jak on? Że pozwolę się wykorzystywać jak pusta lalka? W imię czego? Tego, że tu akurat się urodziłem? Mogłem przecież w każdej chwili wziąć Niko pod pachę i spieprzyć z Wioski, zacząć życie gdzie indziej. Bez nabzdyczonych durniów takich jak on, Hokage czy Morino, dyktujących mi warunki.
A może chciał właśnie, bym się zbuntował? Może miał mnie za kogoś, kto po takim obrocie zdarzeń odwali coś nieprzewidywalnego i niebezpiecznego, będzie niezależny i dumny? Miałem rozwijać się samodzielnie, szukając mocy, jak on?
Nie mogłem wiedzieć na pewno. Wiedziałem tylko, że zawsze był o jeden krok przede mną. Znał mnie za dobrze.
Jedyne, co wciąż go zaskakiwało, to Niko.
Coś było w tej wiadomości, na tej przeklętej kartce, co poruszyło jego emocjami, nerwami. Coś zaskakującego. Coś, co ponownie burzyło jego plany. Coś dla mnie dobrego.
- Przekażę. Będę miał na nią oko - stwierdziłem. Niko nie była jego wtyką. Była nieprzewidywalną zmienną. Była dzika. Miała zbyt otwarty umysł, by ją kontrolować. Powinien był już się tego nauczyć. Mimo to łudził się, że to ona nosi w tym związku spodnie. A to ja nadal miałem ją w garści. Teraz bardziej niż kiedyś. Jeśli dał władzę jej, dał ją też mi. Musiał się z tym liczyć.
Czego nie robił, biorąc pod uwagę jego niespodziewaną odpowiedź.
- Dziękuję.
Zamurowało mnie. Kartka zaszeleściła, zgnieciona między moimi palcami. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Wypuszczone przeze mnie powietrze stworzyło wokół mojej twarzy biały obłok, przez który nie mogłem ocenić jego mimiki.
Itachi poprawił chwyt na torbie, zarzucając na głowę kaptur i niemal całkowicie przysłaniając swoje oblicze. Czekało go przemknięcie pod nosem strażników.
- Zatrzymaj dla mnie tę wiadomość - mruknął, oddalając się bez oglądania się za siebie.
Odwróciłem się od niego plecami, ruszając w przeciwnym kierunku. Przystanąłem w świetle migoczącej lampy, rozwijając ponownie mały liścik.
Słowa Niko napisane były pospiesznie, ale schludnie. Niektóre wyrazy były dziecinnie podkreślone krzywymi, emocjonalnymi liniami. Niemal słyszałem jej głos, gdy je czytałem, widziałem jej zawziętą minę, pozę.

Najdroższy Kapitanie Itachi,

Jeśli czytasz ten list, to znaczy, że postanowiłeś dokończyć swoje bezmózgie dzieło spustoszenia i zwiać, a ten dupek cię dogonił. Cóż. Dobrze Ci tak. Pogadajcie sobie.
Do rzeczy. Wiesz pewnie doskonale, że to nie żaden ckliwy, pożegnalny list.
To zaproszenie.
Sasuke oświadczył. Nie oświadczył się mi, bo to by zakładało proszenie lub pytanie mnie o zdanie (a obaj nie jesteście do tego zdolni). Nie! Twój brat oświadczył, że się pobieramy, więc chyba nie mam wyboru. Wiesz, jak to z nim jest.
Tak czy siak - Twoi szpiedzy będą pewnie wiedzieli, gdy ustalimy datę. Rób do tego czasu co chcesz… ale spróbuj unikać śmierci. Najlepszym prezentem ślubnym będzie dla mnie Twoja obecność.

Twoja wściekła przyszła szwagierka,
Nozomi
     Tsuyu
          Niko

PS. Nigdy ci nie wybaczę tego, co odwaliłeś z Korzeniem. Już knuję, jak wykorzystać to brzemię przeciwko tobie. Szerokiej drogi!


Uśmiechnąłem się pod nosem, składając porządnie list i chowając go do kieszeni.
Tak, jak myślałem. Zawsze zapominał wziąć pod uwagę Niko.
Ruszyłem przed siebie. Dookoła panowała mroźna acz pogodna noc, pełna zagadkowych odgłosów i cieni. Światła w kolejnych, i tak nielicznych już oknach, gasły. Obrzydliwe błoto chlupało pod moimi butami. Niebo było bezchmurne, przez co nawet w bocznej alejce pomagał mi blask księżyca.
Zapaliłem ostatniego papierosa, który omal nie zgasł przy silniejszym podmuchu lodowatego wiatru.
Gdy byłem już około dwieście metrów od domu, przekazałem Niko obietnicę Itachi’ego. Ucieszyła się za nas oboje.
Światła w mieszkaniu były zapalone.
Gdy wróciłem, powitało mnie ciepło, zapach jej szamponu oraz szeroki uśmiech znad czytanej książki.
Wiedziałem już, czego miałem bronić. I wcale nie była to Wioska.
Wiedziałem też, jaki mam cel. Mówiłem o nim od dawna, ale nigdy w niego nie wierzyłem. Teraz był jednak czas na jego realizację, czy Itachi tego chciał, czy nie.

Obserwatorzy